środa, 4 lutego 2015

Rozdział IV – Natrętny Puchon

Katie ruszyła w stronę zamku w podskokach. Nie wiedziała czemu, ale wepchnięcie Puchona do jeziora wprawiło ją w wyśmienity humor. Przerwa na lunch się kończyła, więc popatrzyła na plan lekcji. “Zielarstwo z Gryfonami… no okej, przeżyję” - pomyślała zrezygnowana i skierowała się do cieplarni nr 1. Słońce przyjemnie grzało ją po twarzy, a wiatr rozwiewał długie włosy. Dotarła w końcu do drzwi cieplarni. Znalazła sobie szybko jakieś miejsce. Zauważyła, że nauczyciela jeszcze nie ma, więc poprzyglądała się roślinkom. Większość z nich rozpoznawała, w tym Mandragorę i Czyrakobulwę. Nagle zabrzmiał odległy dzwonek w zamku. Lekcja zaczęła się, a do cieplarni wszedł nauczyciel. Katie kojarzyła go - ten czarodziej, w którego rzuciła tiarą podczas uczty, z nim rozmawiał. Teraz mogła przyjrzeć się mu z bliska. Miał blond włosy, okrągłą twarz, lekki zarost i roześmiane, niebieskie oczy. - Witajcie pierwszoroczni! Mam nadzieję, że dzień do tej pory mija wam przyjemnie? – Nauczyciel podniósł pytająco brew. Uczniowie siedzieli cicho, jak zaklęci. – Ależ jesteście rozmowni. Pewnie zanudziliście się na Historii Magii – uśmiechnął się na widok potakujących sennie głów Ślizgonów. – No nic, postaram się, aby te zajęcia za bardzo wam nie zbrzydły. A właśnie! Nazywam się Neville Longbottom i uczę od niedawna Zielarstwa w Hogwarcie. Katie aż podniosła brwi ze zdumienia. No nieźle, takie sławy trafiły na posadkę nauczycieli. Najpierw dostojny i bogaty Draco Malfoy z rodziny Śmierciożerców, a teraz Neville Longbottom – bohater II bitwy o Hogwart. Ciekawe, co jeszcze. Może Harry Potter i Hermiona Granger? - No, nie róbcie takich zszokowanych min. Zabieramy się do roboty! – Nauczyciel zakasał rękawy i różdżką przylewitował tulipana w doniczce. Zaczął opowiadać o budowie roślin, funkcjonowaniu poszczególnych narządów, a od czasu do czasu zarzucał żartami, więc uczniowie nie nudzili się. - Tutaj znajdują się pręciki, z którymi opowieści o pszczółkach i kwiatkach się spełniają. – Klasa zaśmiała się. Ze smutkiem musieli opuścić cieplarnię, gdy godzinę później rozległ się dzwonek na kolejną lekcję. Wszyscy Ślizgoni pognali do lochów na eliksiry. Draco już na nich czekał. Zaprosił ich gestem do środka, a gdy już wszyscy się usadowili, zaczął zajęcia. - Nazywam się Draco Malfoy i mam zaszczyt nauczać was tak pięknej sztuki, jaką są eliksiry. Jestem niemal pewny, że wasi rodzice nie mieli zbyt przyjemnych wspomnień z tych zajęć… - powiedział, a część klasy, których ojcowie lub matki uczyli się u Severusa Snape’a pokiwali głowami. – No nic, ja postaram się jednak, byście zapamiętali je miło. – Profesor uśmiechnął się ciepło do klasy. Chwilę potem jego oczy stały się jednak ostre i zimne. – Ale jak ktoś spróbuje się obijać, nie będzie uważał i w ogóle nie będzie zainteresowany tym, co mówię, to mnie popamięta – powiedział dobitnie. Kilka osób złapało szybko powietrze. – Merlinie, ale wy jesteście zestresowani. No, wyciągać mi kociołki, raz dwa! – Nauczyciel z powrotem rozpromienił się, a klasa zaczęła się krzątać w poszukiwaniu stanowisk. Katie podeszła do wolnego stolika i wyciągnęła spod lady kociołek. Niemal od razu ktoś stanął obok niej. Smith odwróciła niepewnie głowę, a wyszczerzony chłopiec patrzył na nią spod wilgotnych włosów. - O nie, nie. Weź Morgan, idź do innego stolika, dobrze ci radzę – powiedziała Katie. - Nie ma mowy. Odpokutujesz wepchnięcie mnie do jeziora – odrzekł Mateo i pogroził jej palcem. Dziewczynie zaczęły dokuczać lekkie wyrzuty sumienia. - No dobra, ale masz siedzieć cicho i mi nie przeszkadzać, okej? Tak, jakby cię nie było – powiedziała do chłopaka. - Nie ma spra… - zaczął Puchon, ale w tej chwili przerwał im głos nauczyciela, stojącego zaraz za nimi. - No, no. Takie pogawędki to po lekcji. Panno Smith, niech pani szybciej wyciąga ten kociołek. Panie Morgan, czy mógłby pan powtórzyć to, co przed chwilą powiedziałem? – zapytał Draco złowieszczo. - Eee, oczywiście panie profesorze. Powiedział pan: panno Smith, niech pani szybciej wyciąga ten kociołek. – Morgan wyszczerzył się, a Katie bąknęła pod nosem coś o idiotach. Draco przez chwilę patrzył rozbawiony na Puchona. - Bardzo sprytnie. +5 punktów dla Hufflepuffu za odwagę – powiedział nauczyciel, a szydercze uśmieszki na niektórych twarzach Ślizgonów szybko zniknęły. – W każdym razie, przed chwila mówiłem, że na tej lekcji uwarzymy naprawdę prosty eliksir. Nazywa się on eliksirem Pazur. – Profesor odwrócił się do reszty klasy i wrócił do swojego biurka. - Oszalałeś? Czy ty jesteś jakiś nienormalny? – szepnęła ostro Katie do Mateo. - Wyszło dobrze! Poza tym, czemu się do mnie odzywasz? Mnie tu nie ma, prawda? – odpowiedział Puchon. Dziewczyna prychnęła i odwróciła się do nauczyciela. - Zapoznamy się dzisiaj z podstawami warzenia eliksirów. Dobierzcie się szybko w pary, jeden kociołek na parę. – Nauczyciel machnął różdżką, a na tablicy pojawiła się receptura eliksiru. – Będę po kolei wszystko tłumaczył, jeżeli ktoś ma jakieś pytania, proszę się zgłaszać. A, jeszcze jedno. Para, której uda się najszybciej uwarzyć poprawny eliksir, otrzyma po 15 punktów! – zapowiedział, a uczniowie zaczęli biegać po lochu w poszukiwaniu współpracowników. - To jak Smith, jesteśmy razem? – zapytał od razu Mateo. - Ani mi się śni. Znajdź sobie kogo… - zaczęła Katie, lecz nagle spostrzegła zmierzająca w jej kierunku Alessandrę. – A wiesz co, niech ci będzie. Jesteśmy w parze, Morgan! – powiedziała dosyć głośno i spojrzała dyskretnie na zbliżającą się Ślizgonkę. Dus zatrzymała się i popatrzyła na nią zaskoczona. Odwróciła się szybko na pięcie wściekła i skierowała się do dziewczyny, która bawiła się różdżką. Zapytała ją o coś, a ta ochoczo przytaknęła. - Teraz słuchajcie mnie uważnie. – Malfoy poczekał, aż klasa się uspokoi i kontynuował. – Na początek zawsze musicie założyć strój ochronny. Nie obchodzi mnie, czy robicie zwykłą herbatę, czy eliksir Żywej Śmierci. Na moich zajęciach zawsze musicie mieć gogle ochronne, rękawice ze smoczej skóry i fartuchy. Wszystko znajdziecie pod stołami. – Popatrzył wyczekująco. Nikt nawet nie mrugnął okiem. – No, na co czekacie? Zakładać i to migiem! – powiedział lekko zdenerwowany. Wszyscy założyli stroje ochronne, a Draco zaczął krok po kroku tłumaczyć, jak i czego mają użyć do poszczególnych składników. Gdy skończył omawiać recepturę oraz kolejność dodawania ingrediencji, krzyknął: -Powodzenia! Pamiętajcie, wierzę w was! Wszyscy zaczęli na wyścigi robić eliksir. - Merlinie, Morgan, zostaw to! Masz lewe ręce idioto! - Odwal się Smith. Wyraźnie mówił, że to trzeba drobno pokroić! - Wcale, że nie! Poza tym, popatrz idioto na recepturę! Rozgnieść! - Ty chyba jesteś ślepa! Nie widzisz, że tam jest napisane „pokroić na drobne kawałki”?! - No ja z nim nie wytrzymam! - Ślizgon od siedmiu boleści! - Puchon złamanego knuta niewart! - Ej, uspokójcie się okej? Jesteście dopiero przy drugim punkcie – zawołała Alessandra z drugiego końca Sali, zmniejszając ogień pod swoim kociołkiem. Katie i Mateo patrzyli na siebie złowrogo. Dziewczyna trzymała w ręce nóż, a chłopak korzeń asfodelusa i za nic w świecie nie zamierzali oddać tych rzeczy drugiej osobie. - Panno Smith, panie Morgan. Jest jakiś problem? – Draco podszedł do stanowiska uczniów i popatrzył krytycznie na ich mdły eliksir w kociołku. - No bo ten idiota chce pokroić ten korzeń, a przecież jego trzeba rozgnieść! – przystawała przy swoim Katie. - Panie profesorze, czy ona naprawdę nie widzi z odległości 15 stóp, czy to ja jestem jakiś nienormalny? – zapytał sfrustrowany Mateo. - Tak, jesteś! - Uspokójcie się oboje – uciął dyskusję nauczyciel. Wziął za ramię Ślizgonkę, podszedł z nią pod tablicę i wskazał na kilka słów. – Co tu jest napisane? - Pokroić na drobne kawałki – wycedziła przez zęby Katie. - Cudownie, a teraz wszyscy wracać mi do eliksirów! – zawołał Draco. Odesłał Smith do jej stanowiska i usiadł na swoim krześle. Dopiero, gdy w którymś z kociołków coś wybuchło, pozwolił sobie na cichy śmiech, a potem podszedł do miejsca nieszczęśliwej eksplozji. - No i co? Trzeba się było kłócić, matole? – zapytał z wyższością Mateo. - Spadaj – odpowiedziała mu wkurzona Katie. Minuty mijały. Pod sufitem kłębiły się chmury pary, a kilka osób było osmalonych. Jeden Puchon nawet został odesłany do skrzydła szpitalnego, bo spalił sobie całe brwi i pół włosów na głowie. Nagle dało się słyszeć pełen satysfakcji głos. - Skończyłyśmy! – wykrzyknęła rozanielona Alessandra i wraz ze swoją współpracowniczką podeszły do biurka, ustawiając na nim fiolkę z ich eliksirem. - No, brawo panno Dus, panno Fortis! Teraz sprawdźmy, jak tam z działaniem. – Draco popatrzył na hałaśliwy duet Puchona i Ślizgonki, po czym uśmiechnął się złośliwie. - Panno Smith! Proszę tu podejść! Katie spojrzała na niego pytająco i ruszyła w kierunku nauczyciela. Gdy stanęła przy jego biurku, zerknęła na Alessandrę. Uczennica miała uśmiech na twarzy i rozmawiała podekscytowana z dziewczyną obok. Smith domyśliła się, że to Anastasia Fortis – Ślizgonka, z którą spała w dormitorium. Odwróciła się do nauczyciela. - Proszę, do dna! – Draco patrzył na nią i wyciągał rękę. Katie spojrzała z niechęcią na fiolkę w jego dłoni. - A muszę? – spytała z nadzieją. - Musisz, musisz – powiedział i zachęcająco skinął głową. - No okej… - Katie chwyciła fiolkę i przyjrzała się jej badawczo. – A co robi ten eliksir? - Nic strasznego, zapewniam cię – odparł Malfoy. Ślizgonka jeszcze raz rzuciła niepewne spojrzenie na nauczyciela, potem jednym haustem wypiła całą zawartość fiolki. Odłożyła buteleczkę na biurko. - I…? – spojrzała pytająco na profesora. - Zaraz powinno zadziałać. - No, ale przecież nic się nie dzieje – powiedziała i podrapała się po głowie. – Co to jest?! – zawołała przerażona, gdy poczuła, jak do czaszki wbija jej się coś ostrego. Spojrzała na swoje palce. Zamiast paznokci miała wielkie, lekko zakrzywione pazury! - Pokaż dłonie – rozkazał Draco. Katie posłusznie podała mu ręce. - No, no. Eliksir zadziałał perfekcyjnie. Jestem z was dumny, dziewczyny! Po 15 punktów dla każdej z was! – powiedział, a Alessandra przybiła piątkę Anastasi. - A kiedy moje paznokcie wrócą do normy? – zapytała Katie, przyglądając się z zainteresowaniem pazurom. - Jak wrócą, to wrócą. Na razie możesz cieszyc się szponami jak u orła – odparł Draco i uśmiechnął się. - Merlinie, ona ma teraz szpony?! – krzyknął przerażony Morgan, a klasa zaśmiała się. Lekcja skończyła się szybciej, niż mogli przypuszczać. Wszyscy uczniowie zaczęli wychodzić na obiad. Katie została. Mateo rzucił jej pytające spojrzenie, ale ona tylko machnęła ręką i wskazała mu wyjście. Gdy już w klasie nie został ani jeden pierwszak, podeszła do biurka Malfoya. - Ach, ty masz teraz ten szlaban. Dobra, przygotowałem ci pewną łatwą robotę. Przy okazji się trochę podszkolisz – powiedział nauczyciel i uśmiechnął się. - A o co dokładnie chodzi? – spytała Ślizgonka. - Specjalnie nie kazałem wam czyścić po sobie stanowisk. Oto twoje zadanie na dzisiejsze popołudnie. Jak skończysz, jesteś wolna. A, i masz posprzątać dwoma zaklęciami. Tergeo – Draco zrobił kółko różdżką nad pierwszym kociołkiem z brzegu, a jego zawartość zniknęła. – oraz Chłoszczyść – tutaj wskazał na stanowisko i szybko pociągnął do góry. Wszelkie plamy oraz resztki składników natychmiast wyparowały. – Resztę ingrediencji zaniesiesz do schowka, a kociołki i noże pod blaty. Pamiętaj też, że w schowku wszystko ma swoje miejsce, a jak zobaczę, że coś jest nie tam, gdzie trzeba, to oberwiesz po uszach – pogroził jej palcem, uśmiechnął się i wyszedł, zostawiając osłupiałą Katie samą. - Mam czarować w pierwszy dzień szkoły? – zapytała w przestrzeń. Po 4 godzinach Ślizgonka skończyła. Była zmęczona i najchętniej położyłaby się do łóżka. Z godzinę próbowała zaklęć, jednak albo znikała połowa zawartości kociołka, albo cała nagle wzlatywała w powietrze. W końcu jednak udało się jej jako tako opanować Tergeo, więc zabrała się do drugiego zaklęcia. Tu już nie poszło tak łatwo. Plamy zaczęły pojawiać się w różnych miejscach, noże latały w jedną i drugą stronę, a kociołki przewracały się bez ładu i składu. W końcu nie wytrzymała. Złapała za ścierkę i posprzątała wszystko ręcznie. Szła teraz korytarzem w stronę dormitorium wycieńczona. Skręciła do lochów i nagle zza rogu wyszła jakaś postać, w którą uderzyła. Podniosła głowę do góry. Błękitne oczy Andersa patrzyły na nią z radością. - Hej małolacie! Dawno cię nie widziałem! Jak poszło na lekcjach? – wyrzucił szybko Scorpius. - Nie nazywaj mnie małolatem! O ile ty możesz być starszy, dwa, może trzy lata? – obruszyła się Katie. - O dwa. Jestem na trzecim roku – odpowiedział chłopak. W tej chwili spojrzał na jej dłonie. – Kurde, co ci się stało? – zapytał rozbawiony. - Miałam ciekawy dzień – odparła Katie. - No to opowiadaj! - Nie, nie. Po pierwsze, nie chce mi się. Po drugie, jestem głodna – wyliczyła na palcach. - Nie byłaś na obiedzie? – zdziwił się chłopak. - To kolejna, jakże ciekawa przygoda tego dnia. Scorpius podniósł pytająco brwi. Po chwili złapał Katie za rękę i pobiegł, ciągnąc ją za sobą. Smith zaczęła protestować, ale chłopak jej nie słuchał. Ślizgon zaciągnął ją pod jakiś obraz z miską. Podszedł do niego i połaskotał gruszkę, która zaczęła się obracać, zmieniła w klamkę, a dzieło odskoczyło od ściany. Ich oczom ukazała się ogromna kuchnia pełna skrzatów, które uwijały się z daniami. - To co, opowiadasz? – zapytał dumny Scorpius. - Uwielbiam cię – odpowiedziała urzeczona Katie. – Ale tylko na tę chwilę! – zastrzegła i zawołała jakiego skrzata. Ten był w siódmym niebie, gdy usłyszał, że dziewczyna prosi o coś do jedzenia. Zaraz pobiegł po kolegów, a Ślizgonka mogła wybierać wśród ok. 20 dań. Katie zajęła się jedzeniem i zaczęła opowiadać o swoim dniu. Scorpius słuchał jej jednak jednym uchem. Gdy patrzył na nią, ciągle zadawał sobie pytanie: Dlaczego on ją tak lubi?. Wtedy przed dormitorium wcale nie wyglądała na bezbronną dziewczynkę, której trzeba pomóc. Wręcz przeciwnie. Zresztą, mimo tego, że była młodsza od niego, to była odważniejsza. Intrygowała go ta mała postać, wcinająca ziemniaki. Nie wiedział, dlaczego ciągle ma ochotę bronić jej, jak starszy brat siostry. Przy niej zrobił się śmielszy. - Ale ty mnie słuchasz tak? – zapytała Katie, przełykając naleśnika. - Oczywiście małolacie – odparł jej wyrwany z rozmyślań Scorpius. - Nie nazywaj mnie tak. Mam imię – powiedziała z wyrzutem Ślizgonka. - Ale „małolacie” do ciebie bardziej pasuje. I nie obrażaj się, tylko zabieraj się za te pierogi. Z drugiej strony-czy to nie jest dziwne połączenie? – zapytał. - Nie, czemu? - Nieważne, jedz.