Katie ruszyła w stronę zamku w podskokach. Nie wiedziała czemu, ale wepchnięcie Puchona do jeziora wprawiło ją w wyśmienity humor. Przerwa na lunch się kończyła, więc popatrzyła na plan lekcji. “Zielarstwo z Gryfonami… no okej, przeżyję” - pomyślała zrezygnowana i skierowała się do cieplarni nr 1. Słońce przyjemnie grzało ją po twarzy, a wiatr rozwiewał długie włosy. Dotarła w końcu do drzwi cieplarni. Znalazła sobie szybko jakieś miejsce. Zauważyła, że nauczyciela jeszcze nie ma, więc poprzyglądała się roślinkom. Większość z nich rozpoznawała, w tym Mandragorę i Czyrakobulwę. Nagle zabrzmiał odległy dzwonek w zamku. Lekcja zaczęła się, a do cieplarni wszedł nauczyciel.
Katie kojarzyła go - ten czarodziej, w którego rzuciła tiarą podczas uczty, z nim rozmawiał. Teraz mogła przyjrzeć się mu z bliska. Miał blond włosy, okrągłą twarz, lekki zarost i roześmiane, niebieskie oczy.
- Witajcie pierwszoroczni! Mam nadzieję, że dzień do tej pory mija wam przyjemnie? – Nauczyciel podniósł pytająco brew. Uczniowie siedzieli cicho, jak zaklęci. – Ależ jesteście rozmowni. Pewnie zanudziliście się na Historii Magii – uśmiechnął się na widok potakujących sennie głów Ślizgonów. – No nic, postaram się, aby te zajęcia za bardzo wam nie zbrzydły. A właśnie! Nazywam się Neville Longbottom i uczę od niedawna Zielarstwa w Hogwarcie.
Katie aż podniosła brwi ze zdumienia. No nieźle, takie sławy trafiły na posadkę nauczycieli. Najpierw dostojny i bogaty Draco Malfoy z rodziny Śmierciożerców, a teraz Neville Longbottom – bohater II bitwy o Hogwart. Ciekawe, co jeszcze. Może Harry Potter i Hermiona Granger?
- No, nie róbcie takich zszokowanych min. Zabieramy się do roboty! – Nauczyciel zakasał rękawy i różdżką przylewitował tulipana w doniczce. Zaczął opowiadać o budowie roślin, funkcjonowaniu poszczególnych narządów, a od czasu do czasu zarzucał żartami, więc uczniowie nie nudzili się.
- Tutaj znajdują się pręciki, z którymi opowieści o pszczółkach i kwiatkach się spełniają. – Klasa zaśmiała się.
Ze smutkiem musieli opuścić cieplarnię, gdy godzinę później rozległ się dzwonek na kolejną lekcję. Wszyscy Ślizgoni pognali do lochów na eliksiry. Draco już na nich czekał. Zaprosił ich gestem do środka, a gdy już wszyscy się usadowili, zaczął zajęcia.
- Nazywam się Draco Malfoy i mam zaszczyt nauczać was tak pięknej sztuki, jaką są eliksiry. Jestem niemal pewny, że wasi rodzice nie mieli zbyt przyjemnych wspomnień z tych zajęć… - powiedział, a część klasy, których ojcowie lub matki uczyli się u Severusa Snape’a pokiwali głowami. – No nic, ja postaram się jednak, byście zapamiętali je miło. – Profesor uśmiechnął się ciepło do klasy. Chwilę potem jego oczy stały się jednak ostre i zimne. – Ale jak ktoś spróbuje się obijać, nie będzie uważał i w ogóle nie będzie zainteresowany tym, co mówię, to mnie popamięta – powiedział dobitnie. Kilka osób złapało szybko powietrze. – Merlinie, ale wy jesteście zestresowani. No, wyciągać mi kociołki, raz dwa! – Nauczyciel z powrotem rozpromienił się, a klasa zaczęła się krzątać w poszukiwaniu stanowisk.
Katie podeszła do wolnego stolika i wyciągnęła spod lady kociołek. Niemal od razu ktoś stanął obok niej. Smith odwróciła niepewnie głowę, a wyszczerzony chłopiec patrzył na nią spod wilgotnych włosów.
- O nie, nie. Weź Morgan, idź do innego stolika, dobrze ci radzę – powiedziała Katie.
- Nie ma mowy. Odpokutujesz wepchnięcie mnie do jeziora – odrzekł Mateo i pogroził jej palcem. Dziewczynie zaczęły dokuczać lekkie wyrzuty sumienia.
- No dobra, ale masz siedzieć cicho i mi nie przeszkadzać, okej? Tak, jakby cię nie było – powiedziała do chłopaka.
- Nie ma spra… - zaczął Puchon, ale w tej chwili przerwał im głos nauczyciela, stojącego zaraz za nimi.
- No, no. Takie pogawędki to po lekcji. Panno Smith, niech pani szybciej wyciąga ten kociołek. Panie Morgan, czy mógłby pan powtórzyć to, co przed chwilą powiedziałem? – zapytał Draco złowieszczo.
- Eee, oczywiście panie profesorze. Powiedział pan: panno Smith, niech pani szybciej wyciąga ten kociołek. – Morgan wyszczerzył się, a Katie bąknęła pod nosem coś o idiotach.
Draco przez chwilę patrzył rozbawiony na Puchona.
- Bardzo sprytnie. +5 punktów dla Hufflepuffu za odwagę – powiedział nauczyciel, a szydercze uśmieszki na niektórych twarzach Ślizgonów szybko zniknęły. – W każdym razie, przed chwila mówiłem, że na tej lekcji uwarzymy naprawdę prosty eliksir. Nazywa się on eliksirem Pazur. – Profesor odwrócił się do reszty klasy i wrócił do swojego biurka.
- Oszalałeś? Czy ty jesteś jakiś nienormalny? – szepnęła ostro Katie do Mateo.
- Wyszło dobrze! Poza tym, czemu się do mnie odzywasz? Mnie tu nie ma, prawda? – odpowiedział Puchon. Dziewczyna prychnęła i odwróciła się do nauczyciela.
- Zapoznamy się dzisiaj z podstawami warzenia eliksirów. Dobierzcie się szybko w pary, jeden kociołek na parę. – Nauczyciel machnął różdżką, a na tablicy pojawiła się receptura eliksiru. – Będę po kolei wszystko tłumaczył, jeżeli ktoś ma jakieś pytania, proszę się zgłaszać. A, jeszcze jedno. Para, której uda się najszybciej uwarzyć poprawny eliksir, otrzyma po 15 punktów! – zapowiedział, a uczniowie zaczęli biegać po lochu w poszukiwaniu współpracowników.
- To jak Smith, jesteśmy razem? – zapytał od razu Mateo.
- Ani mi się śni. Znajdź sobie kogo… - zaczęła Katie, lecz nagle spostrzegła zmierzająca w jej kierunku Alessandrę. – A wiesz co, niech ci będzie. Jesteśmy w parze, Morgan! – powiedziała dosyć głośno i spojrzała dyskretnie na zbliżającą się Ślizgonkę. Dus zatrzymała się i popatrzyła na nią zaskoczona. Odwróciła się szybko na pięcie wściekła i skierowała się do dziewczyny, która bawiła się różdżką. Zapytała ją o coś, a ta ochoczo przytaknęła.
- Teraz słuchajcie mnie uważnie. – Malfoy poczekał, aż klasa się uspokoi i kontynuował. – Na początek zawsze musicie założyć strój ochronny. Nie obchodzi mnie, czy robicie zwykłą herbatę, czy eliksir Żywej Śmierci. Na moich zajęciach zawsze musicie mieć gogle ochronne, rękawice ze smoczej skóry i fartuchy. Wszystko znajdziecie pod stołami. – Popatrzył wyczekująco. Nikt nawet nie mrugnął okiem. – No, na co czekacie? Zakładać i to migiem! – powiedział lekko zdenerwowany.
Wszyscy założyli stroje ochronne, a Draco zaczął krok po kroku tłumaczyć, jak i czego mają użyć do poszczególnych składników. Gdy skończył omawiać recepturę oraz kolejność dodawania ingrediencji, krzyknął:
-Powodzenia! Pamiętajcie, wierzę w was!
Wszyscy zaczęli na wyścigi robić eliksir.
- Merlinie, Morgan, zostaw to! Masz lewe ręce idioto!
- Odwal się Smith. Wyraźnie mówił, że to trzeba drobno pokroić!
- Wcale, że nie! Poza tym, popatrz idioto na recepturę! Rozgnieść!
- Ty chyba jesteś ślepa! Nie widzisz, że tam jest napisane „pokroić na drobne kawałki”?!
- No ja z nim nie wytrzymam!
- Ślizgon od siedmiu boleści!
- Puchon złamanego knuta niewart!
- Ej, uspokójcie się okej? Jesteście dopiero przy drugim punkcie – zawołała Alessandra z drugiego końca Sali, zmniejszając ogień pod swoim kociołkiem.
Katie i Mateo patrzyli na siebie złowrogo. Dziewczyna trzymała w ręce nóż, a chłopak korzeń asfodelusa i za nic w świecie nie zamierzali oddać tych rzeczy drugiej osobie.
- Panno Smith, panie Morgan. Jest jakiś problem? – Draco podszedł do stanowiska uczniów i popatrzył krytycznie na ich mdły eliksir w kociołku.
- No bo ten idiota chce pokroić ten korzeń, a przecież jego trzeba rozgnieść! – przystawała przy swoim Katie.
- Panie profesorze, czy ona naprawdę nie widzi z odległości 15 stóp, czy to ja jestem jakiś nienormalny? – zapytał sfrustrowany Mateo.
- Tak, jesteś!
- Uspokójcie się oboje – uciął dyskusję nauczyciel. Wziął za ramię Ślizgonkę, podszedł z nią pod tablicę i wskazał na kilka słów. – Co tu jest napisane?
- Pokroić na drobne kawałki – wycedziła przez zęby Katie.
- Cudownie, a teraz wszyscy wracać mi do eliksirów! – zawołał Draco. Odesłał Smith do jej stanowiska i usiadł na swoim krześle. Dopiero, gdy w którymś z kociołków coś wybuchło, pozwolił sobie na cichy śmiech, a potem podszedł do miejsca nieszczęśliwej eksplozji.
- No i co? Trzeba się było kłócić, matole? – zapytał z wyższością Mateo.
- Spadaj – odpowiedziała mu wkurzona Katie.
Minuty mijały. Pod sufitem kłębiły się chmury pary, a kilka osób było osmalonych. Jeden Puchon nawet został odesłany do skrzydła szpitalnego, bo spalił sobie całe brwi i pół włosów na głowie. Nagle dało się słyszeć pełen satysfakcji głos.
- Skończyłyśmy! – wykrzyknęła rozanielona Alessandra i wraz ze swoją współpracowniczką podeszły do biurka, ustawiając na nim fiolkę z ich eliksirem.
- No, brawo panno Dus, panno Fortis! Teraz sprawdźmy, jak tam z działaniem. – Draco popatrzył na hałaśliwy duet Puchona i Ślizgonki, po czym uśmiechnął się złośliwie.
- Panno Smith! Proszę tu podejść!
Katie spojrzała na niego pytająco i ruszyła w kierunku nauczyciela. Gdy stanęła przy jego biurku, zerknęła na Alessandrę. Uczennica miała uśmiech na twarzy i rozmawiała podekscytowana z dziewczyną obok. Smith domyśliła się, że to Anastasia Fortis – Ślizgonka, z którą spała w dormitorium. Odwróciła się do nauczyciela.
- Proszę, do dna! – Draco patrzył na nią i wyciągał rękę. Katie spojrzała z niechęcią na fiolkę w jego dłoni.
- A muszę? – spytała z nadzieją.
- Musisz, musisz – powiedział i zachęcająco skinął głową.
- No okej… - Katie chwyciła fiolkę i przyjrzała się jej badawczo. – A co robi ten eliksir?
- Nic strasznego, zapewniam cię – odparł Malfoy.
Ślizgonka jeszcze raz rzuciła niepewne spojrzenie na nauczyciela, potem jednym haustem wypiła całą zawartość fiolki. Odłożyła buteleczkę na biurko.
- I…? – spojrzała pytająco na profesora.
- Zaraz powinno zadziałać.
- No, ale przecież nic się nie dzieje – powiedziała i podrapała się po głowie. – Co to jest?! – zawołała przerażona, gdy poczuła, jak do czaszki wbija jej się coś ostrego. Spojrzała na swoje palce. Zamiast paznokci miała wielkie, lekko zakrzywione pazury!
- Pokaż dłonie – rozkazał Draco.
Katie posłusznie podała mu ręce.
- No, no. Eliksir zadziałał perfekcyjnie. Jestem z was dumny, dziewczyny! Po 15 punktów dla każdej z was! – powiedział, a Alessandra przybiła piątkę Anastasi.
- A kiedy moje paznokcie wrócą do normy? – zapytała Katie, przyglądając się z zainteresowaniem pazurom.
- Jak wrócą, to wrócą. Na razie możesz cieszyc się szponami jak u orła – odparł Draco i uśmiechnął się.
- Merlinie, ona ma teraz szpony?! – krzyknął przerażony Morgan, a klasa zaśmiała się.
Lekcja skończyła się szybciej, niż mogli przypuszczać. Wszyscy uczniowie zaczęli wychodzić na obiad. Katie została. Mateo rzucił jej pytające spojrzenie, ale ona tylko machnęła ręką i wskazała mu wyjście. Gdy już w klasie nie został ani jeden pierwszak, podeszła do biurka Malfoya.
- Ach, ty masz teraz ten szlaban. Dobra, przygotowałem ci pewną łatwą robotę. Przy okazji się trochę podszkolisz – powiedział nauczyciel i uśmiechnął się.
- A o co dokładnie chodzi? – spytała Ślizgonka.
- Specjalnie nie kazałem wam czyścić po sobie stanowisk. Oto twoje zadanie na dzisiejsze popołudnie. Jak skończysz, jesteś wolna. A, i masz posprzątać dwoma zaklęciami. Tergeo – Draco zrobił kółko różdżką nad pierwszym kociołkiem z brzegu, a jego zawartość zniknęła. – oraz Chłoszczyść – tutaj wskazał na stanowisko i szybko pociągnął do góry. Wszelkie plamy oraz resztki składników natychmiast wyparowały. – Resztę ingrediencji zaniesiesz do schowka, a kociołki i noże pod blaty. Pamiętaj też, że w schowku wszystko ma swoje miejsce, a jak zobaczę, że coś jest nie tam, gdzie trzeba, to oberwiesz po uszach – pogroził jej palcem, uśmiechnął się i wyszedł, zostawiając osłupiałą Katie samą.
- Mam czarować w pierwszy dzień szkoły? – zapytała w przestrzeń.
Po 4 godzinach Ślizgonka skończyła. Była zmęczona i najchętniej położyłaby się do łóżka. Z godzinę próbowała zaklęć, jednak albo znikała połowa zawartości kociołka, albo cała nagle wzlatywała w powietrze. W końcu jednak udało się jej jako tako opanować Tergeo, więc zabrała się do drugiego zaklęcia. Tu już nie poszło tak łatwo. Plamy zaczęły pojawiać się w różnych miejscach, noże latały w jedną i drugą stronę, a kociołki przewracały się bez ładu i składu. W końcu nie wytrzymała. Złapała za ścierkę i posprzątała wszystko ręcznie. Szła teraz korytarzem w stronę dormitorium wycieńczona. Skręciła do lochów i nagle zza rogu wyszła jakaś postać, w którą uderzyła. Podniosła głowę do góry. Błękitne oczy Andersa patrzyły na nią z radością.
- Hej małolacie! Dawno cię nie widziałem! Jak poszło na lekcjach? – wyrzucił szybko Scorpius.
- Nie nazywaj mnie małolatem! O ile ty możesz być starszy, dwa, może trzy lata? – obruszyła się Katie.
- O dwa. Jestem na trzecim roku – odpowiedział chłopak. W tej chwili spojrzał na jej dłonie. – Kurde, co ci się stało? – zapytał rozbawiony.
- Miałam ciekawy dzień – odparła Katie.
- No to opowiadaj!
- Nie, nie. Po pierwsze, nie chce mi się. Po drugie, jestem głodna – wyliczyła na palcach.
- Nie byłaś na obiedzie? – zdziwił się chłopak.
- To kolejna, jakże ciekawa przygoda tego dnia.
Scorpius podniósł pytająco brwi. Po chwili złapał Katie za rękę i pobiegł, ciągnąc ją za sobą. Smith zaczęła protestować, ale chłopak jej nie słuchał. Ślizgon zaciągnął ją pod jakiś obraz z miską. Podszedł do niego i połaskotał gruszkę, która zaczęła się obracać, zmieniła w klamkę, a dzieło odskoczyło od ściany. Ich oczom ukazała się ogromna kuchnia pełna skrzatów, które uwijały się z daniami.
- To co, opowiadasz? – zapytał dumny Scorpius.
- Uwielbiam cię – odpowiedziała urzeczona Katie. – Ale tylko na tę chwilę! – zastrzegła i zawołała jakiego skrzata. Ten był w siódmym niebie, gdy usłyszał, że dziewczyna prosi o coś do jedzenia. Zaraz pobiegł po kolegów, a Ślizgonka mogła wybierać wśród ok. 20 dań.
Katie zajęła się jedzeniem i zaczęła opowiadać o swoim dniu. Scorpius słuchał jej jednak jednym uchem. Gdy patrzył na nią, ciągle zadawał sobie pytanie: Dlaczego on ją tak lubi?. Wtedy przed dormitorium wcale nie wyglądała na bezbronną dziewczynkę, której trzeba pomóc. Wręcz przeciwnie. Zresztą, mimo tego, że była młodsza od niego, to była odważniejsza. Intrygowała go ta mała postać, wcinająca ziemniaki. Nie wiedział, dlaczego ciągle ma ochotę bronić jej, jak starszy brat siostry. Przy niej zrobił się śmielszy.
- Ale ty mnie słuchasz tak? – zapytała Katie, przełykając naleśnika.
- Oczywiście małolacie – odparł jej wyrwany z rozmyślań Scorpius.
- Nie nazywaj mnie tak. Mam imię – powiedziała z wyrzutem Ślizgonka.
- Ale „małolacie” do ciebie bardziej pasuje. I nie obrażaj się, tylko zabieraj się za te pierogi. Z drugiej strony-czy to nie jest dziwne połączenie? – zapytał.
- Nie, czemu?
- Nieważne, jedz.
Please tell me now it's not the end...
środa, 4 lutego 2015
niedziela, 11 stycznia 2015
Rozdział III – Początki bywają trudne.
Szła żwawo przez mroczny korytarz. Nie oświetlało go żadne światło. Słyszała za plecami czyjeś kroki. Nie odważyła się jednak odwrócić. Wiedziała, że ten ktoś dogoni ją, gdy tylko spojrzy za siebie. Szła więc, przyspieszając. Korytarz nie kończył się. Zaczynała się coraz bardziej bać. Strach opanował ją i jak impuls pchnął na przód. Ruszyła biegiem, a postać za nią zrobiła to samo. Gnała ile sił w nogach, jakby ją sama śmierć goniła. A może to była ona? Nie wiadomo, za bardzo bała się odwrócić i sprawdzić. Biegła wciąż do przodu, skręcała w lewo, w prawo, błądziła po labiryncie korytarzy. Ściany rozmazywały się jak krajobraz z okna jadącego pociągu. Trwało to w nieskończoność. W końcu brakło jej sił. Przystanęła na chwilę, by zaczerpnąć tchu. Wtedy ktoś na nią skoczył. Zaczął ją dusić. Szamotała się, ale zimne, kościste palce zacisnęły się mocno na jej szyi. Nie mogła wydobyć z siebie głosu. Przez jej ciało przechodziły ciarki. Uniosła się w powietrze. Poczuła okropny, rozdzierający ból w klatce piersiowej. Spojrzała w dół. Tam, gdzie zwykle znajdowało się jej serce, widniała czarna dziura. Mróz rozchodził się w szalonym tempie przez jej ciało. Usłyszała przerażający, świszczący oddech. Śmierć przyszła po nią...
Katie obudziła się, z krzykiem spadając na podłogę. Dyszała okropnie, jakby przebiegła maraton. Chwyciła się za serce i niemal westchnęła z ulgi, gdy nie wyczuła żadnej dziury. Przez chwilę próbowała opanować oddech. Rozejrzała się z obawą po dormitorium. Chyba nie obudziła żadnej z dziewczyn. Spojrzała na łóżko Alessandry. Zobaczyła w ciemności iskrzące się, niebieskie tęczówki, które wpatrywały się w nią z niesamowitą intensywnością. Katie wstrzymała oddech. Mierzyły się wzrokiem. Po chwili kotara zasunęła się, a przerażające oczy Dus zniknęły. Smith wstała na drżących nogach i zziębnięta poszła do łazienki. Odkręciła kran. Przemyła twarz gorącą wodą. Przyjemne ciepło rozlało się po jej ciele, a serce przestało bić jak oszalałe. Dziewczyna dochodziła do siebie. Nienawidziła koszmarów, a te zdarzały się coraz częściej. Zakręciła kran i wróciła do sypialni. Spojrzała na zegarek, który leżał na jej szafce nocnej. Była 6:30. Miała jeszcze godzinkę do śniadania. Chwilę myślała, czy nie wrócić do łóżka, ale stwierdziła, że raczej już nie zaśnie. Wzięła więc szybki prysznic, założyła szatę Slytherinu i wyszła z dormitorium.
Pokój Wspólny był opustoszały. Widocznie Ślizgoni nie są rannymi ptaszkami. Katie przeczesała pomieszczenie wzrokiem. Gdzieniegdzie walały się papierki, puszki i inne śmieci, które świadczyły o imprezowej naturze mieszkańców domu węża. “Jak ja z nimi wytrzymam?” - Smith zadała sobie to pytanie już po raz kolejny. Podeszła do wyjścia. Rzuciła jeszcze okiem na Pokój Wspólny, gdy nagle zauważyła jakiś ruch. Na marmurowym gzymsie kominka siedziała sowa. Patrzyła na dziewczynę majestatycznie i z wyższością. Katie podeszła do niej. Zauważyła, że ptak ma przy szponach list. Wyciągnęła ostrożnie rękę w jego stronę. Sowa natychmiast zareagowała i dziobnęła agresywnie Smith.
- Ała! To boli! - krzyknęła przerażona dziewczyna i odsunęła palec. Z wielkiego rozcięcia leciała krew. Katie rozejrzała się, czy aby na pewno nikt jej nie widzi i wsadziła sobie palec do buzi. Zaczęła go ssać, a ból trochę złagodniał.
- Rozumiem, że przesyłka nie do mnie? - zwróciła się do sowy przez zęby. Ta jednak, nieurażona, tylko patrzyła na nią groźnie.
- No okej, nie to nie. – Katie odwróciła się w kierunku przejścia i wyszła na zewnątrz.
Postanowiła znaleźć skrzydło szpitalne i przy okazji trochę pozwiedzać zamek. Z lochami zdołała się juz zapoznać poprzedniego dnia, ale piętra wyżej wciąż pozostawały dla niej zagadką. Weszła po schodach na parter. Zauważyła, że prócz Wielkiej Sali i sali wejściowej znajduje się tam jeszcze pokój nauczycielski oraz gabinecik Argusa Filcha. Ruszyła po schodach na pierwsze piętro. Tam właśnie znalazła upragnione skrzydło szpitalne. Skierowała się do niego z nadzieją na złagodzenie okrutnego bólu. Jednak gdy tylko przekroczyła próg szpitala, pani Pomfrey zaspana wyskoczyła ze swojego gabinetu, zorientowała się w sytuacji i okrzyczała ją, że „przychodzi z taką błahostką, a jakiś pierwszak już zdążył spaść z ruchomych schodów i połamać sobie kręgosłup, więc nie ma czasu zajmować się takimi głupotami…”. Wyleczyła jednym machnięciem różdżki palec Katie i udała się do swojego gabinetu, by kontynuować robienie bardzo ważnych rzeczy. Smith z urażona dumą wyszła ze skrzydła i przeszła się po korytarzach. Znalazła dawny gabinet profesor McGonagall, klasę transmutacji, mugoloznastwa oraz historii magii. Na końcu trafiła jeszcze na opuszczona łazienkę, z której wydobywały się tak przeraźliwe jęki i szlochy, że wolała ominąć ją szerokim łukiem. Ruszyła na drugie piętro. Tam znajdował się gabinet nauczyciela obrony przed czarną magią oraz klasa przeznaczona do prowadzenia tychże lekcji. Zza drzwi dało się słychać dziwne trzaski i krzyki. Katie była bardzo ciekawa tego, co tam się dzieje. Wchodziła właśnie na stopnie prowadzące na trzecie piętro i już miała zawrócić pod salę, z której wydobywały się dziwne dźwięki, gdy nagle schody, na których stała, zmieniły kierunek, zamykając dziewczynie wejście na drugie piętro. Katie westchnęła tylko i zeszła po stopniach, które doprowadziły ją z powrotem na parter. Ruszyła na błonia. Lato było wyjątkowo ciepłe, więc temperatura wciąż utrzymywała się powyżej 15 stopni C. Wiał jedynie delikatny, zimny wietrzyk poranka.
Dziewczyna wzięła głęboki oddech. Uwielbiała przebywać na świeżym powietrzu. Usiadła pod drzewem przy jeziorze. Ptaki śpiewały, słońce nieśmiało wyglądało zza horyzontu. Katie odprężyła się. Jak to zwykle w takich momentach bywa, zaczęła rozmyślać o różnych rzeczach. W jej głowie pojawiła się postać nauczyciela eliksirów, Alessandry Dus i Scorpiusa Andersa. Pojawiła się również tajemnicza sowa. „Ciekawe, dlaczego nie przyleciała razem z innymi podczas śniadania” – pomyślała Katie. W tym momencie coś zaskoczyło jej w głowie. Spojrzała szybko na zegarek. Była już 8:10! Dziewczyna poderwała się z ziemi i biegiem ruszyła do Wielkiej Sali. Miała jakieś 20 min na zjedzenie śniadania. Gdy dotarła do drzwi, zatrzymała się, uregulowała oddech i spokojnie wkroczyła do środka. Jej oczom ukazały się stoły pełne przeróżnych potraw, przy których siedzieli uczniowie. Starsi wesoło gawędzili, młodsi wymieniali się spostrzeżeniami na temat ich nowego planu lekcji. Katie spojrzała na stół Slytherinu. Poznała jedynie Alessandrę, która strzelała z widelca w innych ludzi winogronami, oraz Scorpiusa. Chłopak siedział z uśmiechem na ustach i gawędził ze znajomymi, zajadając się kanapkami. Smith poszukała pustego miejsca. Było to dosyć trudne zadanie, bo Ślizgoni biegali tam i z powrotem, przechodzili przez stół, skakali z niego. Ogólnie panował wielki rozgardiasz. Katie udało się jednak dostrzec wolną powierzchnię ławy. Usiadła na miejscu i rozejrzała się z ciekawością po potrawach. Zrobiła sobie na szybko tosty, zjadła trochę owoców, a na koniec sięgnęła po sok. W momencie, gdy kończyła pić, jakaś wysoka sylwetka pojawiła się za nią. Katie odwróciła się i spojrzała na profesor McGonagall, która wyglądała na jeszcze bardziej złą niż poprzedniego dnia.
- Twój plan lekcji – powiedziała ostrym tonem. Wręczyła Ślizgonce pergamin i ruszyła dalej.
Katie spojrzała na kartkę. Na pierwszej lekcji miała transmutację z Gryfonami, a później historię magii z Puchonami. Po lunchu znowu lekcja z mieszkańcami domu lwa – tym razem zielarstwo. Następnie czekały ją eliksiry, ponownie z domownikami Hufflepuffu. „Nie jest źle!” – pomyślała Katie.
Spojrzała na zegarek. Za 25 minut zaczynały się pierwsze zajęcia. Ślizgonka wstała od stołu i już miała zamiar wrócić do Pokoju Wspólnego po torbę i książki, gdy przypomniała sobie, że nie zna hasła. Z niechęcią przystanęła. „Mogłabym zapytać prefekta. Jeden problem – nie mam pojęcia, kto nim jest.” – pomyślała. Nagle wyrosła przed nią postać starszego chłopaka z błękitnymi oczami.
- Witaj Katie! – przywitał się radośnie Scorpius. Na szatach widać było ślady po pomidorach, ogórkach i innych składnikach jego kanapki, która musiała nieszczęśliwie wziąć udział w bitwie na jedzenie. – Piękny mamy dziś dzień, co? Jaką masz pierwszą lekcję? – dopytywał się chłopak.
- Transmutację z Gryfonami – odpowiedziała Ślizgonka. – Ale co cię to obcho… - przerwała. W jej głowie nagle pojawiła się błyskotliwa myśl. – Scorpius! Mam do ciebie taką bardzo ważną prośbę! – powiedziała i popatrzyła przymilnymi oczami na chłopaka.
- Cóż mogę zrobić dla ciebie, szlachetna dziewojo? – zapytał żartobliwie Anders.
- Jakie jest hasło do Pokoju Wspólnego? Nie miałam okazji go poznać, a nie zamierzam znów czekać jak głupia pod wejściem, aż ktoś się łaskawie nawinie – odburknęła Katie.
- Faktycznie! Przecież ty nie znasz hasła! – chłopak uderzył się w czoło. – Mogłaś wcześniej powiedzieć. Jest bardzo proste. Brzmi „Krew Salazara”. Na pewno zapamiętasz. – Uśmiechnął się życzliwie.
- Dzięki Scorpius. Kiedyś się odwdzięczę – odparła Katie, w której sercu pojawiła się nadzieja, że świat jednak nie jest taki zły. Odwróciła się i pognała do drzwi Wielkiej Sali.
- Nie ma za co. Ale pospiesz się, za chwilę zaczynają się zajęcia! – krzyknął za nią Ślizgon, ale ona już go nie usłyszała.
Wpadła do dormitorium jak strzała. Przeszukała swój kufer, znalazła odpowiednie książki, trochę pergaminu, pióro, różdżkę i wrzuciła wszystko do torby. Szybko wybiegła z Pokoju Wspólnego, w którym znajdowało się kilkoro starszych uczniów grających w „Eksplodującego Durnia” i pobiegła do klasy transmutacji. Gdy znalazła się pod drzwiami, McGonagall akurat wpuszczała uczniów do środka. Nauczycielka zgromiła wzrokiem zdyszaną Katie i, nic nie mówiąc, zasiadła za swoim biurkiem. Dziewczyna wbiegła szybko do klasy. Znalazła wolną ławkę pod oknem. Rzuciła torbę koło krzesła i padła na nie wyczerpana. Lekcja zaczęła się. McGonagall tłumaczyła, na czym skupią się podczas całego roku szkolnego, co powinni mieć na każde zajęcia i jakie zasady u niej obowiązują. Później kazała wyciągnąć uczniom pergaminy oraz pióra.
- Otwórzcie podręczniki na pierwszym rozdziale. Macie tam objaśnione, czym jest transmutacja, jak bardzo jest złożona i do czego przydaje się w życiu każdego dorosłego czarodzieja… - McGonagall zaczęła prawdziwy wykład, a uczniowie pilnie zapisywali każde jej słowo. Katie również starała się nadążyć, ale nie była przyzwyczajona do takiego tempa i w połowie lekcji dała sobie spokój. Zaczęła obserwować klasę. Poznała kilku Gryfonów z ceremonii przydziału. Większość, tak jak Katie, poddała się i z najwyższą ciekawością przyglądała się każdemu pyłkowi. Ślizgonka spojrzała na towarzyszy ze swojego domu. O dziwo, mieszkańcy Slytherinu zachowywali się w miarę porządnie i starali się uważać. Wzrok Katie skoncentrował się na Alessandrze Dus, która usiadła dwie ławki przed nią. Z pozoru nie robiła nic niezwykłego – ot tak sobie siedziała i przyglądała się nauczycielce. Jednak Smith zauważyła, że dziewczyna trzyma w rękach małe lusterko, którym starała się w taki sposób odbijać promienie słońca, by trafiały profesorkę lub uczniów po oczach. Tak oto minęła Katie pierwsza godzina zajęć. McGonagall na koniec wspaniałomyślnie zadała im wypracowanie na tylko stopę długości.
Lekko zaspani uczniowie powlekli się na kolejne zajęcia. Ślizgoni ruszyli na historię magii. Gdy dotarli na miejsce, pod klasą czekali już Puchoni. Patrzyli ze zdziwieniem na znudzonych kolegów, ale nic nie mówili. Weszli do sali. Przy biurku znajdował się ich nauczyciel. Był on duchem. Nazywał się Cuthbert Binns. Uczył już długo w Hogwarcie. Sam nawet chyba nie zauważył, że już nie żyje. W każdym razie, historia magii okazała się jeszcze nudniejsza od wykładu na transmutacji.
W końcu nadeszła upragniona przerwa. Katie poszła na błonia w to samo miejsce, co rano. Usiadła pod drzewem, wyjęła jabłko i zaczęła obserwować biegających uczniów. W pewnym momencie poczuła, że ktoś usadowił się koło niej. Spojrzała w prawo na czarnowłosego chłopaka. Miał piwne oczy, trochę piegów na nosie i zwinne ręce, którymi właśnie ukradł jej jabłko sprzed nosa.
- Co ty robisz?! – krzyknęła dziewczyna i rzuciła się na chłopaka, by odzyskać upragniony owoc.
- Spokojnie! No weź, usiądź jak siedziałaś, to ci je oddam! – zawołał. Zręcznie chował jabłko tak, że Katie nie mogła go w żaden sposób dosięgnąć. Dziewczyna postanowiła, że zrobi to, co on chce, a gdy już odzyska swoje drugie śniadanie, popchnie go do jeziora na pożarcie kałamarnicy.
- Bardzo ładnie – pochwalił ją chłopak, gdy usiadła pod drzewem i odwróciła się w drugą stronę. – Proszę. – Podsunął jej jabłko pod twarz. Katie chwyciła owoc, nadal nie zaszczycając go spojrzeniem.
- Nazywam się Mateo Morgan. – Chłopak wstał, okrążył drzewo i usiadł tuż przed nią. Spojrzała na niego.
- A co cię upoważniło do zabrania mi mojego ulubionego jabłka, na które mam ochotę już od śniadania? – zapytała kpiąco.
- Twa samotność i urażona mina – odparł bez skrępowania.
Katie zamyśliła się. Faktycznie, w Hogwarcie nie miała na razie żadnych przyjaciół. Zrobiło jej się trochę smutno. Szybko jednak odzyskała pewność siebie.
- No i co z tego? – zapytała hardo.
- To, że chciałbym cię poznać. – Uśmiechnął się szeroko.
- Mam na imię Katie, na nazwisko Smith i chodzę do Slytherinu. Proszę, już mnie znasz. Czy teraz mógłbyś łaskawie mnie zostawić w spokoju? – odparła dziewczyna.
- Pomyślmy… nie.
- Dlaczego? – zapytała Katie pełnym goryczy głosem.
- Bo cię polubiłem – powiedział Mateo, wzruszając ramionami.
- To super.
- No super.
Siedzieli chwilę w ciszy naprzeciwko siebie. W końcu Katie odwróciła wzrok, oparła się o drzewo i wzięła kęs jabłka.
- Mogę gryza? – zapytał chłopak, przekręcając ciekawie głowę.
- A jak dostaniesz, to sobie pójdziesz?
- Niewykluczone. – Morgan uśmiechnął się. Katie rzuciła mu jabłko.
- No, już możesz sobie iść – powiedziała, uśmiechając się rozbrajająco.
- Jestem z Hufflepuffu. Miałem z tobą przed chwilą historię magii. – Mateo jak gdyby nigdy nic ugryzł jabłko i nie miał zamiaru ruszyć się z miejsca.
- Ojej, jakoś cię nie zauważyłam. Przykro mi – Katie zrobiła smutną minę. Podniosła się z ziemi.
- Gdzie idziesz? Pójdę z tobą! – zawołał za nią chłopak, gdy ona już szła w kierunku jeziora. Nie odezwała się. Po chwili podbiegł do niej i razem spacerowali wzdłuż linii brzegu. Ślizgonka weszła na mały pomost. Morgan podążył za nią. Stali chwilę, wpatrując się w horyzont.
Nagle Katie odwróciła się do chłopaka i popchnęła go z całej siły do jeziora.
- Ahahaha! Mam nadzieję, że nie umiesz pływać! – Śmiała się jak opętana, gdy chłopak z krzykiem wpadł do wody. Uczniowie na błoniach patrzyli na nią jak na wariatkę.
- Jesteś szalona! Chciałem się tylko zaprzyjaźnić! – zawołał Mateo, próbując złapać haust powietrza.
- Do brzegu masz najwyżej dziesięć metrów. Miłego pływania! – krzyknęła Katie i pobiegła radośnie w stronę zamku.
Katie obudziła się, z krzykiem spadając na podłogę. Dyszała okropnie, jakby przebiegła maraton. Chwyciła się za serce i niemal westchnęła z ulgi, gdy nie wyczuła żadnej dziury. Przez chwilę próbowała opanować oddech. Rozejrzała się z obawą po dormitorium. Chyba nie obudziła żadnej z dziewczyn. Spojrzała na łóżko Alessandry. Zobaczyła w ciemności iskrzące się, niebieskie tęczówki, które wpatrywały się w nią z niesamowitą intensywnością. Katie wstrzymała oddech. Mierzyły się wzrokiem. Po chwili kotara zasunęła się, a przerażające oczy Dus zniknęły. Smith wstała na drżących nogach i zziębnięta poszła do łazienki. Odkręciła kran. Przemyła twarz gorącą wodą. Przyjemne ciepło rozlało się po jej ciele, a serce przestało bić jak oszalałe. Dziewczyna dochodziła do siebie. Nienawidziła koszmarów, a te zdarzały się coraz częściej. Zakręciła kran i wróciła do sypialni. Spojrzała na zegarek, który leżał na jej szafce nocnej. Była 6:30. Miała jeszcze godzinkę do śniadania. Chwilę myślała, czy nie wrócić do łóżka, ale stwierdziła, że raczej już nie zaśnie. Wzięła więc szybki prysznic, założyła szatę Slytherinu i wyszła z dormitorium.
Pokój Wspólny był opustoszały. Widocznie Ślizgoni nie są rannymi ptaszkami. Katie przeczesała pomieszczenie wzrokiem. Gdzieniegdzie walały się papierki, puszki i inne śmieci, które świadczyły o imprezowej naturze mieszkańców domu węża. “Jak ja z nimi wytrzymam?” - Smith zadała sobie to pytanie już po raz kolejny. Podeszła do wyjścia. Rzuciła jeszcze okiem na Pokój Wspólny, gdy nagle zauważyła jakiś ruch. Na marmurowym gzymsie kominka siedziała sowa. Patrzyła na dziewczynę majestatycznie i z wyższością. Katie podeszła do niej. Zauważyła, że ptak ma przy szponach list. Wyciągnęła ostrożnie rękę w jego stronę. Sowa natychmiast zareagowała i dziobnęła agresywnie Smith.
- Ała! To boli! - krzyknęła przerażona dziewczyna i odsunęła palec. Z wielkiego rozcięcia leciała krew. Katie rozejrzała się, czy aby na pewno nikt jej nie widzi i wsadziła sobie palec do buzi. Zaczęła go ssać, a ból trochę złagodniał.
- Rozumiem, że przesyłka nie do mnie? - zwróciła się do sowy przez zęby. Ta jednak, nieurażona, tylko patrzyła na nią groźnie.
- No okej, nie to nie. – Katie odwróciła się w kierunku przejścia i wyszła na zewnątrz.
Postanowiła znaleźć skrzydło szpitalne i przy okazji trochę pozwiedzać zamek. Z lochami zdołała się juz zapoznać poprzedniego dnia, ale piętra wyżej wciąż pozostawały dla niej zagadką. Weszła po schodach na parter. Zauważyła, że prócz Wielkiej Sali i sali wejściowej znajduje się tam jeszcze pokój nauczycielski oraz gabinecik Argusa Filcha. Ruszyła po schodach na pierwsze piętro. Tam właśnie znalazła upragnione skrzydło szpitalne. Skierowała się do niego z nadzieją na złagodzenie okrutnego bólu. Jednak gdy tylko przekroczyła próg szpitala, pani Pomfrey zaspana wyskoczyła ze swojego gabinetu, zorientowała się w sytuacji i okrzyczała ją, że „przychodzi z taką błahostką, a jakiś pierwszak już zdążył spaść z ruchomych schodów i połamać sobie kręgosłup, więc nie ma czasu zajmować się takimi głupotami…”. Wyleczyła jednym machnięciem różdżki palec Katie i udała się do swojego gabinetu, by kontynuować robienie bardzo ważnych rzeczy. Smith z urażona dumą wyszła ze skrzydła i przeszła się po korytarzach. Znalazła dawny gabinet profesor McGonagall, klasę transmutacji, mugoloznastwa oraz historii magii. Na końcu trafiła jeszcze na opuszczona łazienkę, z której wydobywały się tak przeraźliwe jęki i szlochy, że wolała ominąć ją szerokim łukiem. Ruszyła na drugie piętro. Tam znajdował się gabinet nauczyciela obrony przed czarną magią oraz klasa przeznaczona do prowadzenia tychże lekcji. Zza drzwi dało się słychać dziwne trzaski i krzyki. Katie była bardzo ciekawa tego, co tam się dzieje. Wchodziła właśnie na stopnie prowadzące na trzecie piętro i już miała zawrócić pod salę, z której wydobywały się dziwne dźwięki, gdy nagle schody, na których stała, zmieniły kierunek, zamykając dziewczynie wejście na drugie piętro. Katie westchnęła tylko i zeszła po stopniach, które doprowadziły ją z powrotem na parter. Ruszyła na błonia. Lato było wyjątkowo ciepłe, więc temperatura wciąż utrzymywała się powyżej 15 stopni C. Wiał jedynie delikatny, zimny wietrzyk poranka.
Dziewczyna wzięła głęboki oddech. Uwielbiała przebywać na świeżym powietrzu. Usiadła pod drzewem przy jeziorze. Ptaki śpiewały, słońce nieśmiało wyglądało zza horyzontu. Katie odprężyła się. Jak to zwykle w takich momentach bywa, zaczęła rozmyślać o różnych rzeczach. W jej głowie pojawiła się postać nauczyciela eliksirów, Alessandry Dus i Scorpiusa Andersa. Pojawiła się również tajemnicza sowa. „Ciekawe, dlaczego nie przyleciała razem z innymi podczas śniadania” – pomyślała Katie. W tym momencie coś zaskoczyło jej w głowie. Spojrzała szybko na zegarek. Była już 8:10! Dziewczyna poderwała się z ziemi i biegiem ruszyła do Wielkiej Sali. Miała jakieś 20 min na zjedzenie śniadania. Gdy dotarła do drzwi, zatrzymała się, uregulowała oddech i spokojnie wkroczyła do środka. Jej oczom ukazały się stoły pełne przeróżnych potraw, przy których siedzieli uczniowie. Starsi wesoło gawędzili, młodsi wymieniali się spostrzeżeniami na temat ich nowego planu lekcji. Katie spojrzała na stół Slytherinu. Poznała jedynie Alessandrę, która strzelała z widelca w innych ludzi winogronami, oraz Scorpiusa. Chłopak siedział z uśmiechem na ustach i gawędził ze znajomymi, zajadając się kanapkami. Smith poszukała pustego miejsca. Było to dosyć trudne zadanie, bo Ślizgoni biegali tam i z powrotem, przechodzili przez stół, skakali z niego. Ogólnie panował wielki rozgardiasz. Katie udało się jednak dostrzec wolną powierzchnię ławy. Usiadła na miejscu i rozejrzała się z ciekawością po potrawach. Zrobiła sobie na szybko tosty, zjadła trochę owoców, a na koniec sięgnęła po sok. W momencie, gdy kończyła pić, jakaś wysoka sylwetka pojawiła się za nią. Katie odwróciła się i spojrzała na profesor McGonagall, która wyglądała na jeszcze bardziej złą niż poprzedniego dnia.
- Twój plan lekcji – powiedziała ostrym tonem. Wręczyła Ślizgonce pergamin i ruszyła dalej.
Katie spojrzała na kartkę. Na pierwszej lekcji miała transmutację z Gryfonami, a później historię magii z Puchonami. Po lunchu znowu lekcja z mieszkańcami domu lwa – tym razem zielarstwo. Następnie czekały ją eliksiry, ponownie z domownikami Hufflepuffu. „Nie jest źle!” – pomyślała Katie.
Spojrzała na zegarek. Za 25 minut zaczynały się pierwsze zajęcia. Ślizgonka wstała od stołu i już miała zamiar wrócić do Pokoju Wspólnego po torbę i książki, gdy przypomniała sobie, że nie zna hasła. Z niechęcią przystanęła. „Mogłabym zapytać prefekta. Jeden problem – nie mam pojęcia, kto nim jest.” – pomyślała. Nagle wyrosła przed nią postać starszego chłopaka z błękitnymi oczami.
- Witaj Katie! – przywitał się radośnie Scorpius. Na szatach widać było ślady po pomidorach, ogórkach i innych składnikach jego kanapki, która musiała nieszczęśliwie wziąć udział w bitwie na jedzenie. – Piękny mamy dziś dzień, co? Jaką masz pierwszą lekcję? – dopytywał się chłopak.
- Transmutację z Gryfonami – odpowiedziała Ślizgonka. – Ale co cię to obcho… - przerwała. W jej głowie nagle pojawiła się błyskotliwa myśl. – Scorpius! Mam do ciebie taką bardzo ważną prośbę! – powiedziała i popatrzyła przymilnymi oczami na chłopaka.
- Cóż mogę zrobić dla ciebie, szlachetna dziewojo? – zapytał żartobliwie Anders.
- Jakie jest hasło do Pokoju Wspólnego? Nie miałam okazji go poznać, a nie zamierzam znów czekać jak głupia pod wejściem, aż ktoś się łaskawie nawinie – odburknęła Katie.
- Faktycznie! Przecież ty nie znasz hasła! – chłopak uderzył się w czoło. – Mogłaś wcześniej powiedzieć. Jest bardzo proste. Brzmi „Krew Salazara”. Na pewno zapamiętasz. – Uśmiechnął się życzliwie.
- Dzięki Scorpius. Kiedyś się odwdzięczę – odparła Katie, w której sercu pojawiła się nadzieja, że świat jednak nie jest taki zły. Odwróciła się i pognała do drzwi Wielkiej Sali.
- Nie ma za co. Ale pospiesz się, za chwilę zaczynają się zajęcia! – krzyknął za nią Ślizgon, ale ona już go nie usłyszała.
Wpadła do dormitorium jak strzała. Przeszukała swój kufer, znalazła odpowiednie książki, trochę pergaminu, pióro, różdżkę i wrzuciła wszystko do torby. Szybko wybiegła z Pokoju Wspólnego, w którym znajdowało się kilkoro starszych uczniów grających w „Eksplodującego Durnia” i pobiegła do klasy transmutacji. Gdy znalazła się pod drzwiami, McGonagall akurat wpuszczała uczniów do środka. Nauczycielka zgromiła wzrokiem zdyszaną Katie i, nic nie mówiąc, zasiadła za swoim biurkiem. Dziewczyna wbiegła szybko do klasy. Znalazła wolną ławkę pod oknem. Rzuciła torbę koło krzesła i padła na nie wyczerpana. Lekcja zaczęła się. McGonagall tłumaczyła, na czym skupią się podczas całego roku szkolnego, co powinni mieć na każde zajęcia i jakie zasady u niej obowiązują. Później kazała wyciągnąć uczniom pergaminy oraz pióra.
- Otwórzcie podręczniki na pierwszym rozdziale. Macie tam objaśnione, czym jest transmutacja, jak bardzo jest złożona i do czego przydaje się w życiu każdego dorosłego czarodzieja… - McGonagall zaczęła prawdziwy wykład, a uczniowie pilnie zapisywali każde jej słowo. Katie również starała się nadążyć, ale nie była przyzwyczajona do takiego tempa i w połowie lekcji dała sobie spokój. Zaczęła obserwować klasę. Poznała kilku Gryfonów z ceremonii przydziału. Większość, tak jak Katie, poddała się i z najwyższą ciekawością przyglądała się każdemu pyłkowi. Ślizgonka spojrzała na towarzyszy ze swojego domu. O dziwo, mieszkańcy Slytherinu zachowywali się w miarę porządnie i starali się uważać. Wzrok Katie skoncentrował się na Alessandrze Dus, która usiadła dwie ławki przed nią. Z pozoru nie robiła nic niezwykłego – ot tak sobie siedziała i przyglądała się nauczycielce. Jednak Smith zauważyła, że dziewczyna trzyma w rękach małe lusterko, którym starała się w taki sposób odbijać promienie słońca, by trafiały profesorkę lub uczniów po oczach. Tak oto minęła Katie pierwsza godzina zajęć. McGonagall na koniec wspaniałomyślnie zadała im wypracowanie na tylko stopę długości.
Lekko zaspani uczniowie powlekli się na kolejne zajęcia. Ślizgoni ruszyli na historię magii. Gdy dotarli na miejsce, pod klasą czekali już Puchoni. Patrzyli ze zdziwieniem na znudzonych kolegów, ale nic nie mówili. Weszli do sali. Przy biurku znajdował się ich nauczyciel. Był on duchem. Nazywał się Cuthbert Binns. Uczył już długo w Hogwarcie. Sam nawet chyba nie zauważył, że już nie żyje. W każdym razie, historia magii okazała się jeszcze nudniejsza od wykładu na transmutacji.
W końcu nadeszła upragniona przerwa. Katie poszła na błonia w to samo miejsce, co rano. Usiadła pod drzewem, wyjęła jabłko i zaczęła obserwować biegających uczniów. W pewnym momencie poczuła, że ktoś usadowił się koło niej. Spojrzała w prawo na czarnowłosego chłopaka. Miał piwne oczy, trochę piegów na nosie i zwinne ręce, którymi właśnie ukradł jej jabłko sprzed nosa.
- Co ty robisz?! – krzyknęła dziewczyna i rzuciła się na chłopaka, by odzyskać upragniony owoc.
- Spokojnie! No weź, usiądź jak siedziałaś, to ci je oddam! – zawołał. Zręcznie chował jabłko tak, że Katie nie mogła go w żaden sposób dosięgnąć. Dziewczyna postanowiła, że zrobi to, co on chce, a gdy już odzyska swoje drugie śniadanie, popchnie go do jeziora na pożarcie kałamarnicy.
- Bardzo ładnie – pochwalił ją chłopak, gdy usiadła pod drzewem i odwróciła się w drugą stronę. – Proszę. – Podsunął jej jabłko pod twarz. Katie chwyciła owoc, nadal nie zaszczycając go spojrzeniem.
- Nazywam się Mateo Morgan. – Chłopak wstał, okrążył drzewo i usiadł tuż przed nią. Spojrzała na niego.
- A co cię upoważniło do zabrania mi mojego ulubionego jabłka, na które mam ochotę już od śniadania? – zapytała kpiąco.
- Twa samotność i urażona mina – odparł bez skrępowania.
Katie zamyśliła się. Faktycznie, w Hogwarcie nie miała na razie żadnych przyjaciół. Zrobiło jej się trochę smutno. Szybko jednak odzyskała pewność siebie.
- No i co z tego? – zapytała hardo.
- To, że chciałbym cię poznać. – Uśmiechnął się szeroko.
- Mam na imię Katie, na nazwisko Smith i chodzę do Slytherinu. Proszę, już mnie znasz. Czy teraz mógłbyś łaskawie mnie zostawić w spokoju? – odparła dziewczyna.
- Pomyślmy… nie.
- Dlaczego? – zapytała Katie pełnym goryczy głosem.
- Bo cię polubiłem – powiedział Mateo, wzruszając ramionami.
- To super.
- No super.
Siedzieli chwilę w ciszy naprzeciwko siebie. W końcu Katie odwróciła wzrok, oparła się o drzewo i wzięła kęs jabłka.
- Mogę gryza? – zapytał chłopak, przekręcając ciekawie głowę.
- A jak dostaniesz, to sobie pójdziesz?
- Niewykluczone. – Morgan uśmiechnął się. Katie rzuciła mu jabłko.
- No, już możesz sobie iść – powiedziała, uśmiechając się rozbrajająco.
- Jestem z Hufflepuffu. Miałem z tobą przed chwilą historię magii. – Mateo jak gdyby nigdy nic ugryzł jabłko i nie miał zamiaru ruszyć się z miejsca.
- Ojej, jakoś cię nie zauważyłam. Przykro mi – Katie zrobiła smutną minę. Podniosła się z ziemi.
- Gdzie idziesz? Pójdę z tobą! – zawołał za nią chłopak, gdy ona już szła w kierunku jeziora. Nie odezwała się. Po chwili podbiegł do niej i razem spacerowali wzdłuż linii brzegu. Ślizgonka weszła na mały pomost. Morgan podążył za nią. Stali chwilę, wpatrując się w horyzont.
Nagle Katie odwróciła się do chłopaka i popchnęła go z całej siły do jeziora.
- Ahahaha! Mam nadzieję, że nie umiesz pływać! – Śmiała się jak opętana, gdy chłopak z krzykiem wpadł do wody. Uczniowie na błoniach patrzyli na nią jak na wariatkę.
- Jesteś szalona! Chciałem się tylko zaprzyjaźnić! – zawołał Mateo, próbując złapać haust powietrza.
- Do brzegu masz najwyżej dziesięć metrów. Miłego pływania! – krzyknęła Katie i pobiegła radośnie w stronę zamku.
sobota, 3 stycznia 2015
Rozdział II – Nowe znajomości.
Młody czarodziej szedł przodem przez korytarz. Katie zaczęła rozmyślać, jakaż to straszna kara ją czeka. Podejrzewała, że zabiorą jedynie kilka punktów Slytherinowi, a potem dadzą jej spokój.
„I bardzo dobrze!” – pomyślała – „Nie dopuszczę do tego, żeby ci parszywi Ślizgoni wygrali Puchar Domów!”. Przypomniała sobie, co usłyszała niedawno o Hogwarcie. Do tej pory prawie co roku, dzięki sławnemu Potterowi, Puchar wędrował w ręce Gryffindoru. Rozmyślając o swej marnej egzystencji w domu węża, Smith nagle się potknęła. Nieszczęśliwie poleciała prosto na nauczyciela przed nią. Ten jednak zadziwiająco szybko się odwrócił i uchronił ją przed upadkiem, łapiąc w ramiona.
- Ostrożnie. Irytek znowu porozrzucał wszystko po podłodze. Gorzej z nim niż z dzieckiem – zażartował blondyn.
- Dzię-dziękuję – wykrztusiła Katie. Gdy podnosiła się, miała chwile czasu, by przyjrzeć się mężczyźnie z bliska. Miał szare oczy, ostre rysy twarzy i bladą cerę. Jego ciało było wysportowane, a ruchy zwinne. Dziewczynie serce drgnęło. „Och, ogarnij się. Jest dwa razy starszy od ciebie!” – pomyślała.
- Wszystko gra? – zapytał obiekt jej obserwacji.
- Ach tak tylko… – Katie zawahała się. – Był pan kiedyś szukającym, zgadza się?
Czarodziej zdziwił się, a potem na jego twarz wypłynął szyderczy uśmieszek.
- A i owszem. Po czym wywnioskowałaś? – zapytał ciekawie.
- Lubię obserwować ludzi. Taki refleks może mieć tylko szukający – odpowiedziała Katie w zamyśleniu. W jej mózgu zaświeciła się mała lampka informująca ją o tym, że skądś zna tego człowieka. Mężczyzna spojrzał na nią przenikliwie, a ona zarumieniła się.
- No cóż, gratuluję w takim razie umiejętności i dziękuję za komplement. Ale dość tych amorów, chodźmy dalej, mój gabinet nie jest już daleko – zażartował i odwrócił się. Dziewczyna skarciła się w myślach i podążyła za nim.
Wkrótce dotarli do lochów. Czarodziej wypowiedział cicho jakieś słowa i przed nimi pojawiły się drzwi. Wpuścił Katie do środka, a dziewczyna znalazła się w niesamowitym pokoju. Wszystko było tutaj w odcieniach zieleni i czerni. Po lewej stronie znajdowały się półki z książkami, które rozciągały się na całą szerokość ściany. Oczy Katie szaleńczo przeskakiwały po tytułach. Obiecała sobie w duchu, że kiedyś poprosi nauczyciela o dostęp do tego skarbca. Na przeciwnej ścianie Smith zauważyła mnóstwo szafek z eliksirami i ingrediencjami. Wolała nie wiedzieć na razie, co pływa w słoikach. Skupiła się więc na obrazach, które można było zobaczyć wszędzie. Przedstawiały one przeróżne krajobrazy. Gęste lasy, zaśnieżone góry, ogromne jeziora, bezkresne morza. Na środku gabinetu stało krzesło i czarne biurko, a na nim w pedantycznym porządku były poustawiane przybory do pisania, książki oraz pergaminy. Przed meblem ustawiono zielone fotele. Na podłodze znajdował się puszysty dywan w tym samym kolorze.
Czarodziej podszedł do krzesła i zasiadł za biurkiem. Pokazał dziewczynie, że ma zrobić to samo, a ta usiadła przed nim.
- Nazywam się Draco Malfoy i jestem tutejszym nauczycielem eliksirów. No i, oczywiście, opiekunem Ślizgonów, do których dołączyłaś dzisiaj z hukiem – odparł po chwili.
„Draco Malfoy!” – Katie od razu wyprostowała się. Teraz poznała tego człowieka. Wiedziała, że go zna! Tyle złych rzeczy o nim słyszała. Wiedziała również, że jego rodzina była bardzo bogata i zajmowała same wysokie stanowiska. Nie spodziewała się więc zobaczyć go jako zwykłego nauczyciela w Hogwarcie. Szczerze mówiąc, nie spodziewała się go zobaczyć nigdy w swoim życiu. Spojrzała w oczy czarodziejowi z wahaniem i lękiem. Przez chwilę nikt się nie odzywał. Katie uznała, że na pewno nie zaprzyjaźni się ze swoim opiekunem.
- Twój czyn bardzo zszokował naszą kochaną dyrektorkę, która na pewno nie puści ci tego płazem – kontynuował nauczyciel. – Jako, że trafiłaś do mojego domu, jestem odpowiedzialny za wymierzenie ci kary. W sumie, to ledwo udało mi się przekonać profesor McGonagall, byś spotkała się ze mną, a nie z nią. – Uśmiechnął się pod nosem. – Gdybym zawiódł, pewnie już pakowałabyś się i ruszała do domu.
- Nie prosiłam pana o pomoc, sama bym sobie poradziła – przerwała nauczycielowi Katie. Powiedziała to tak wyniośle i dumnie, że sama się zdziwiła.
- A ja miałbym o jedną wspaniałą uczennicę mniej? Mowy nie ma – nauczyciel spoważniał. – Karę jednak odstawmy na później. Bardziej interesuje mnie bowiem powód twojego wybuchu w Wielkiej Sali…? – Malfoy spojrzał na dziewczynę pytająco.
- Nikomu nie muszę się tłumaczyć z moich czynów. Niech pan po prostu zabierze mi punkty, da szlaban i puści do dormitorium – odpowiedziała Katie drżącym głosem. Spojrzenie czarodzieja przeszywało ją na wylot.
Nauczyciel podniósł się spokojnie, okrążył biurko i usiadł wygodnie w drugim fotelu. Jeszcze chwilę wpatrywał się zagadkowo w dziewczynę, jakby podejmował jakąś decyzję. Potem pstryknął palcami, a w jego dłoni pojawił się talerz z kanapkami.
- Widziałem, że nic nie jadłaś na uczcie. Weź, skrzaty bardzo starały się, żeby wszystkim smakowało. Nie możemy ich zawieść – ostatnie słowa Malfoy wypowiedział trochę z niesmakiem.
- Nie, ja naprawdę dziękuję. Chciałabym już tylko pójść do dormitorium. – Katie patrzyła tęsknie na kanapki. W tej właśnie chwili, jej zdradliwy brzuch zaczął burczeć, a dziewczyna żałośnie jęknęła.
- Nie wygłupiaj się. Bierz, jak dają – nauczyciel uśmiechnął się i podał jej talerz. Tym razem sięgnęła ostrożnie po kanapkę. Wzięła pierwszy kęs. Czarodziej przyglądał się badawczo, gdy dziewczynie zaszkliły się oczy. W kilka chwil pochłonęła pierwszą kromkę i sięgnęła po następną. On spokojnie czekał. Wiedział, że eliksir zadziała dopiero po chwili.
- Och, te kanapki są pyszne! – wyznała Katie, której wszelkie uprzedzenia do nauczyciela zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Czuła w środku taki spokój i radość. Cała złość z niej wyparowała. Pomyślała nawet, że lubi tego mężczyznę przed nią. Siedział właśnie wygodnie rozpostarty na fotelu, ze stopą na kolanie i przyglądał się jej. W końcu kanapki się skończyły, a ona zwróciła wzrok na czarodzieja w niemej prośbie.
- Niestety, więcej nie mam. Wróćmy jednak do naszej rozmowy. – Malfoy pochylił się w jej stronę, oparł łokcie o kolana i splótł palce pod brodą. – Dlaczego tak haniebnie potraktowałaś naszą biedną, starą tiarę? Czymże sobie na to zasłużyła? – spytał łagodnie z uśmiechem na ustach.
- Och, to naprawdę błahostka – odparła Katie. – Po prostu… delikatnie zasugerowałam tej czapce, że nie przepadam za Slytherinem. – Dziewczyna wzięła oddech i przez chwilę zastanawiała się, czy otworzyć się przed opiekunem. Wtedy jej mózg zaczął wysyłać słabiutkie sygnały „To Malfoy!”. Machnęła ręką. – Naprawdę, ja przepraszam. Nie wiem, dlaczego tak się zdenerwowałam. To się już więcej nie powtórzy – obiecała gorliwie.
Draco patrzył na uczennicę w zamyśleniu. Zastanawiał się, czy dalej naciskać. Zauważył jednak, że dziewczyna powoli odzyskuje świadomość. Zdziwił się trochę. „Ten eliksir powinien działać jeszcze z godzinę…” – pomyślał ponuro. – „Trzeba będzie poprawić recepturę”. Odchrząknął.
- Oczywiście, rozumiem. Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia.
- Co pan teraz zamierza? – Katie patrzyła na niego obojętnie. W jej głowie toczyła się bitwa. Połowa żołnierzy krzyczała „On cię czymś nafaszerował!”, zaś druga głośno skandowała „Merlinie, uwielbiasz tego gościa!”.
- Cóż, muszę jakoś ukarać cię za niegodny występek, chociaż tiara sobie zasłużyła, jak najbardziej. – Malfoy uśmiechnął się. – Myślę, że lekki szlabanik u mnie powinien wystarczyć. Akurat jutro mamy lekcje, więc zgłoś się do mnie zaraz po zajęciach – powiedział wesoło i wstał z fotela. – Mam nadzieję, że przekonasz się do twojego nowego domu. Uwierz mi, Ślizgoni nie są tacy źli, jak o nich mówią… – nauczyciel urwał. Odwrócił się i założył ręce na plecach. Jego wzrok zmętniał, wpatrywał się w jakiś odległy punkt. Zatopił się w własnych wspomnieniach z czasów, gdy to on sypiał w dormitorium wraz z przyjaciółmi…
- Panie profesorze? – zagadnęła go zaniepokojona Katie. Nie doczekała się jednak odpowiedzi. Rzuciła szybkie „dobranoc” i wyszła z gabinetu. Dopiero wtedy dotarło do niej, że nie wie, gdzie jest pokój wspólny Ślizgonów...
Zaczęła błąkać się po lochach. Jej zmysły wciąż były trochę otępiałe. Zastanawiała się, co tak właściwie stało się w gabinecie. Usiadła pod ścianą. Siedziała tak, siedziała. Myślała o swoich rodzicach, o Draco Malfoyu, głupich Ślizgonach i przerażającej Alessandrze Dus. W końcu zasnęła, a w snach błądziła po nieskończonym, zielonym labiryncie. Otaczał ją żywopłot tak gęsty i wysoki, że nie miała pojęcia, co jest po drugiej stronie. Szukała więc wyjścia na oślep, ale gdy tylko jakieś znajdowała, rośliny od razu zamykały przejście i odcinały jej drogę. Po wielu takich ślepych uliczkach, Katie została uwięziona w małym kwadracie. Oparła się zrezygnowana o ścianę, lecz ta nagle się otworzyła. Dziewczyna z wrzaskiem spadła w tył, uderzyła o coś głową i obudziła się. Okazało się, że jeden ze Ślizgonów otworzył drzwi do Pokoju Wspólnego, przy których zasnęła Katie. Smith jęknęła, podniosła się na nogi i potarła ręką wielkiego guza z tyłu głowy. Spojrzała pogardliwie na chłopaka w drzwiach. Miał krótko przycięte, brązowe włosy oraz żywe, błękitne oczy.
- Cześć małolacie! – odezwał się Ślizgon. Mógł być starszy od dziewczyny najwyżej o dwa lata. – Pierwszoroczniak? Czemu jeszcze nie jesteś w swoim dormitorium? Przecież już jest po północy! – zauważył gniewnie.
- Spoko, nic mi nie jest. Dzięki, że się o mnie martwisz – odparła sarkastycznie Katie.
- A nie ma sprawy, proszę cię bardzo. Jestem Scorpius – powiedział i wyciągnął rękę przyjaźnie. – Scorpius Anders.
- Katie. Katie Smith – dziewczyna niechętnie podała mu dłoń.
- Wiem, jak się nazywasz. Dałaś taki popis w Wielkiej Sali, że mało kto cię teraz nie zna! – zaśmiał się chłopak życzliwie.
- Cieszę się niezmiernie. A teraz rusz się, bo chcę przejść – warknęła Katie i przecisnęła się obok niego.
Weszła do Pokoju Wspólnego Slytherinu. Wszędzie panował mrok i zieleń. Jedyne światło pochodziło z kominka i zielonkawych lamp podwieszonych na łańcuchach pod sufitem. Przez okna widać było dno jeziora, w którym pływała wielka kałamarnica. Jako, że dormitoria Ślizgonów mieściły się pod jeziorem, po ścianach spływały kropelki wody. Przed kominkiem ustawiono kilka krzeseł. Katie spojrzała krytycznie i zaczęła iść w kierunku sypialni. Po drodze zauważyła, że każda osoba, którą mijała, ogląda się za nią ciekawie. Usłyszała, jak ktoś zawołał ciche “pierwsze po lewej”, więc odburknęła podziękowanie. W końcu dotarła do pokojów pierwszego roku. Zgodnie z podpowiedzią, otworzyła pierwsze drzwi po lewej stronie. Wkroczyła do sypialni i zauważyła, że cztery na pięć łóżek jest już zajętych, a ich właścicielki głęboko śpią. Po cichu podeszła do kufrów współlokatorek, które stały pod ich łóżkami i zaczęła czytać plakietki. Pierwszą osobą, z którą miała spędzić siedem lat w jednej sypialni była Olivia Jones. Druga dziewczyna nazywała się Emma Hall. Obok niej spała Anastasia Fortis. Przedostatnie zaś łóżko zajmowała Alessandra Dus. “Cudownie!” - pomyślała Katie. Przebrała się szybko w pidżamę i padła wycieńczona na własne posłanie, które znajdowało się tuż obok łóżka tajemniczej, czarnowłosej dziewczyny. Zasnęła jak dziecko.
„I bardzo dobrze!” – pomyślała – „Nie dopuszczę do tego, żeby ci parszywi Ślizgoni wygrali Puchar Domów!”. Przypomniała sobie, co usłyszała niedawno o Hogwarcie. Do tej pory prawie co roku, dzięki sławnemu Potterowi, Puchar wędrował w ręce Gryffindoru. Rozmyślając o swej marnej egzystencji w domu węża, Smith nagle się potknęła. Nieszczęśliwie poleciała prosto na nauczyciela przed nią. Ten jednak zadziwiająco szybko się odwrócił i uchronił ją przed upadkiem, łapiąc w ramiona.
- Ostrożnie. Irytek znowu porozrzucał wszystko po podłodze. Gorzej z nim niż z dzieckiem – zażartował blondyn.
- Dzię-dziękuję – wykrztusiła Katie. Gdy podnosiła się, miała chwile czasu, by przyjrzeć się mężczyźnie z bliska. Miał szare oczy, ostre rysy twarzy i bladą cerę. Jego ciało było wysportowane, a ruchy zwinne. Dziewczynie serce drgnęło. „Och, ogarnij się. Jest dwa razy starszy od ciebie!” – pomyślała.
- Wszystko gra? – zapytał obiekt jej obserwacji.
- Ach tak tylko… – Katie zawahała się. – Był pan kiedyś szukającym, zgadza się?
Czarodziej zdziwił się, a potem na jego twarz wypłynął szyderczy uśmieszek.
- A i owszem. Po czym wywnioskowałaś? – zapytał ciekawie.
- Lubię obserwować ludzi. Taki refleks może mieć tylko szukający – odpowiedziała Katie w zamyśleniu. W jej mózgu zaświeciła się mała lampka informująca ją o tym, że skądś zna tego człowieka. Mężczyzna spojrzał na nią przenikliwie, a ona zarumieniła się.
- No cóż, gratuluję w takim razie umiejętności i dziękuję za komplement. Ale dość tych amorów, chodźmy dalej, mój gabinet nie jest już daleko – zażartował i odwrócił się. Dziewczyna skarciła się w myślach i podążyła za nim.
Wkrótce dotarli do lochów. Czarodziej wypowiedział cicho jakieś słowa i przed nimi pojawiły się drzwi. Wpuścił Katie do środka, a dziewczyna znalazła się w niesamowitym pokoju. Wszystko było tutaj w odcieniach zieleni i czerni. Po lewej stronie znajdowały się półki z książkami, które rozciągały się na całą szerokość ściany. Oczy Katie szaleńczo przeskakiwały po tytułach. Obiecała sobie w duchu, że kiedyś poprosi nauczyciela o dostęp do tego skarbca. Na przeciwnej ścianie Smith zauważyła mnóstwo szafek z eliksirami i ingrediencjami. Wolała nie wiedzieć na razie, co pływa w słoikach. Skupiła się więc na obrazach, które można było zobaczyć wszędzie. Przedstawiały one przeróżne krajobrazy. Gęste lasy, zaśnieżone góry, ogromne jeziora, bezkresne morza. Na środku gabinetu stało krzesło i czarne biurko, a na nim w pedantycznym porządku były poustawiane przybory do pisania, książki oraz pergaminy. Przed meblem ustawiono zielone fotele. Na podłodze znajdował się puszysty dywan w tym samym kolorze.
Czarodziej podszedł do krzesła i zasiadł za biurkiem. Pokazał dziewczynie, że ma zrobić to samo, a ta usiadła przed nim.
- Nazywam się Draco Malfoy i jestem tutejszym nauczycielem eliksirów. No i, oczywiście, opiekunem Ślizgonów, do których dołączyłaś dzisiaj z hukiem – odparł po chwili.
„Draco Malfoy!” – Katie od razu wyprostowała się. Teraz poznała tego człowieka. Wiedziała, że go zna! Tyle złych rzeczy o nim słyszała. Wiedziała również, że jego rodzina była bardzo bogata i zajmowała same wysokie stanowiska. Nie spodziewała się więc zobaczyć go jako zwykłego nauczyciela w Hogwarcie. Szczerze mówiąc, nie spodziewała się go zobaczyć nigdy w swoim życiu. Spojrzała w oczy czarodziejowi z wahaniem i lękiem. Przez chwilę nikt się nie odzywał. Katie uznała, że na pewno nie zaprzyjaźni się ze swoim opiekunem.
- Twój czyn bardzo zszokował naszą kochaną dyrektorkę, która na pewno nie puści ci tego płazem – kontynuował nauczyciel. – Jako, że trafiłaś do mojego domu, jestem odpowiedzialny za wymierzenie ci kary. W sumie, to ledwo udało mi się przekonać profesor McGonagall, byś spotkała się ze mną, a nie z nią. – Uśmiechnął się pod nosem. – Gdybym zawiódł, pewnie już pakowałabyś się i ruszała do domu.
- Nie prosiłam pana o pomoc, sama bym sobie poradziła – przerwała nauczycielowi Katie. Powiedziała to tak wyniośle i dumnie, że sama się zdziwiła.
- A ja miałbym o jedną wspaniałą uczennicę mniej? Mowy nie ma – nauczyciel spoważniał. – Karę jednak odstawmy na później. Bardziej interesuje mnie bowiem powód twojego wybuchu w Wielkiej Sali…? – Malfoy spojrzał na dziewczynę pytająco.
- Nikomu nie muszę się tłumaczyć z moich czynów. Niech pan po prostu zabierze mi punkty, da szlaban i puści do dormitorium – odpowiedziała Katie drżącym głosem. Spojrzenie czarodzieja przeszywało ją na wylot.
Nauczyciel podniósł się spokojnie, okrążył biurko i usiadł wygodnie w drugim fotelu. Jeszcze chwilę wpatrywał się zagadkowo w dziewczynę, jakby podejmował jakąś decyzję. Potem pstryknął palcami, a w jego dłoni pojawił się talerz z kanapkami.
- Widziałem, że nic nie jadłaś na uczcie. Weź, skrzaty bardzo starały się, żeby wszystkim smakowało. Nie możemy ich zawieść – ostatnie słowa Malfoy wypowiedział trochę z niesmakiem.
- Nie, ja naprawdę dziękuję. Chciałabym już tylko pójść do dormitorium. – Katie patrzyła tęsknie na kanapki. W tej właśnie chwili, jej zdradliwy brzuch zaczął burczeć, a dziewczyna żałośnie jęknęła.
- Nie wygłupiaj się. Bierz, jak dają – nauczyciel uśmiechnął się i podał jej talerz. Tym razem sięgnęła ostrożnie po kanapkę. Wzięła pierwszy kęs. Czarodziej przyglądał się badawczo, gdy dziewczynie zaszkliły się oczy. W kilka chwil pochłonęła pierwszą kromkę i sięgnęła po następną. On spokojnie czekał. Wiedział, że eliksir zadziała dopiero po chwili.
- Och, te kanapki są pyszne! – wyznała Katie, której wszelkie uprzedzenia do nauczyciela zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Czuła w środku taki spokój i radość. Cała złość z niej wyparowała. Pomyślała nawet, że lubi tego mężczyznę przed nią. Siedział właśnie wygodnie rozpostarty na fotelu, ze stopą na kolanie i przyglądał się jej. W końcu kanapki się skończyły, a ona zwróciła wzrok na czarodzieja w niemej prośbie.
- Niestety, więcej nie mam. Wróćmy jednak do naszej rozmowy. – Malfoy pochylił się w jej stronę, oparł łokcie o kolana i splótł palce pod brodą. – Dlaczego tak haniebnie potraktowałaś naszą biedną, starą tiarę? Czymże sobie na to zasłużyła? – spytał łagodnie z uśmiechem na ustach.
- Och, to naprawdę błahostka – odparła Katie. – Po prostu… delikatnie zasugerowałam tej czapce, że nie przepadam za Slytherinem. – Dziewczyna wzięła oddech i przez chwilę zastanawiała się, czy otworzyć się przed opiekunem. Wtedy jej mózg zaczął wysyłać słabiutkie sygnały „To Malfoy!”. Machnęła ręką. – Naprawdę, ja przepraszam. Nie wiem, dlaczego tak się zdenerwowałam. To się już więcej nie powtórzy – obiecała gorliwie.
Draco patrzył na uczennicę w zamyśleniu. Zastanawiał się, czy dalej naciskać. Zauważył jednak, że dziewczyna powoli odzyskuje świadomość. Zdziwił się trochę. „Ten eliksir powinien działać jeszcze z godzinę…” – pomyślał ponuro. – „Trzeba będzie poprawić recepturę”. Odchrząknął.
- Oczywiście, rozumiem. Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia.
- Co pan teraz zamierza? – Katie patrzyła na niego obojętnie. W jej głowie toczyła się bitwa. Połowa żołnierzy krzyczała „On cię czymś nafaszerował!”, zaś druga głośno skandowała „Merlinie, uwielbiasz tego gościa!”.
- Cóż, muszę jakoś ukarać cię za niegodny występek, chociaż tiara sobie zasłużyła, jak najbardziej. – Malfoy uśmiechnął się. – Myślę, że lekki szlabanik u mnie powinien wystarczyć. Akurat jutro mamy lekcje, więc zgłoś się do mnie zaraz po zajęciach – powiedział wesoło i wstał z fotela. – Mam nadzieję, że przekonasz się do twojego nowego domu. Uwierz mi, Ślizgoni nie są tacy źli, jak o nich mówią… – nauczyciel urwał. Odwrócił się i założył ręce na plecach. Jego wzrok zmętniał, wpatrywał się w jakiś odległy punkt. Zatopił się w własnych wspomnieniach z czasów, gdy to on sypiał w dormitorium wraz z przyjaciółmi…
- Panie profesorze? – zagadnęła go zaniepokojona Katie. Nie doczekała się jednak odpowiedzi. Rzuciła szybkie „dobranoc” i wyszła z gabinetu. Dopiero wtedy dotarło do niej, że nie wie, gdzie jest pokój wspólny Ślizgonów...
Zaczęła błąkać się po lochach. Jej zmysły wciąż były trochę otępiałe. Zastanawiała się, co tak właściwie stało się w gabinecie. Usiadła pod ścianą. Siedziała tak, siedziała. Myślała o swoich rodzicach, o Draco Malfoyu, głupich Ślizgonach i przerażającej Alessandrze Dus. W końcu zasnęła, a w snach błądziła po nieskończonym, zielonym labiryncie. Otaczał ją żywopłot tak gęsty i wysoki, że nie miała pojęcia, co jest po drugiej stronie. Szukała więc wyjścia na oślep, ale gdy tylko jakieś znajdowała, rośliny od razu zamykały przejście i odcinały jej drogę. Po wielu takich ślepych uliczkach, Katie została uwięziona w małym kwadracie. Oparła się zrezygnowana o ścianę, lecz ta nagle się otworzyła. Dziewczyna z wrzaskiem spadła w tył, uderzyła o coś głową i obudziła się. Okazało się, że jeden ze Ślizgonów otworzył drzwi do Pokoju Wspólnego, przy których zasnęła Katie. Smith jęknęła, podniosła się na nogi i potarła ręką wielkiego guza z tyłu głowy. Spojrzała pogardliwie na chłopaka w drzwiach. Miał krótko przycięte, brązowe włosy oraz żywe, błękitne oczy.
- Cześć małolacie! – odezwał się Ślizgon. Mógł być starszy od dziewczyny najwyżej o dwa lata. – Pierwszoroczniak? Czemu jeszcze nie jesteś w swoim dormitorium? Przecież już jest po północy! – zauważył gniewnie.
- Spoko, nic mi nie jest. Dzięki, że się o mnie martwisz – odparła sarkastycznie Katie.
- A nie ma sprawy, proszę cię bardzo. Jestem Scorpius – powiedział i wyciągnął rękę przyjaźnie. – Scorpius Anders.
- Katie. Katie Smith – dziewczyna niechętnie podała mu dłoń.
- Wiem, jak się nazywasz. Dałaś taki popis w Wielkiej Sali, że mało kto cię teraz nie zna! – zaśmiał się chłopak życzliwie.
- Cieszę się niezmiernie. A teraz rusz się, bo chcę przejść – warknęła Katie i przecisnęła się obok niego.
Weszła do Pokoju Wspólnego Slytherinu. Wszędzie panował mrok i zieleń. Jedyne światło pochodziło z kominka i zielonkawych lamp podwieszonych na łańcuchach pod sufitem. Przez okna widać było dno jeziora, w którym pływała wielka kałamarnica. Jako, że dormitoria Ślizgonów mieściły się pod jeziorem, po ścianach spływały kropelki wody. Przed kominkiem ustawiono kilka krzeseł. Katie spojrzała krytycznie i zaczęła iść w kierunku sypialni. Po drodze zauważyła, że każda osoba, którą mijała, ogląda się za nią ciekawie. Usłyszała, jak ktoś zawołał ciche “pierwsze po lewej”, więc odburknęła podziękowanie. W końcu dotarła do pokojów pierwszego roku. Zgodnie z podpowiedzią, otworzyła pierwsze drzwi po lewej stronie. Wkroczyła do sypialni i zauważyła, że cztery na pięć łóżek jest już zajętych, a ich właścicielki głęboko śpią. Po cichu podeszła do kufrów współlokatorek, które stały pod ich łóżkami i zaczęła czytać plakietki. Pierwszą osobą, z którą miała spędzić siedem lat w jednej sypialni była Olivia Jones. Druga dziewczyna nazywała się Emma Hall. Obok niej spała Anastasia Fortis. Przedostatnie zaś łóżko zajmowała Alessandra Dus. “Cudownie!” - pomyślała Katie. Przebrała się szybko w pidżamę i padła wycieńczona na własne posłanie, które znajdowało się tuż obok łóżka tajemniczej, czarnowłosej dziewczyny. Zasnęła jak dziecko.
piątek, 2 stycznia 2015
Rozdział I - Złośliwość rzeczy ożywionych.
Londyn. Miasto pełne zabieganych ludzi, żółtych taksówek,
różnych paradoksów i jeszcze większej ilości zabieganych ludzi. Jest tutaj London
Eye patrzący na wszystkich z góry oraz Big Ben odmierzający spokojnie nieuchwytny
czas. Ten zaś wcale łagodnie nie płynie. Gdy mieszkasz w miejscu, gdzie za
sekundę odjedzie ci autobus, za minutę musisz być w pracy, a za godzinę masz
spotkanie decydujące o twoim życiu, to nie da się spokojnie żyć. W mig
dostajesz nerwicy i stajesz się przeciętnym człowiekiem.
Jednak jest jeszcze druga strona medalu. To cudowna
tajemnica Londynu – niewidzialna dla osób, które nie mają czasu się
przypatrzeć. Ludzie znikający na pełnym dworcu, latające samochody i autobus
przemierzający ulice, dostosowujący swój kształt jak plastelina do danej
sytuacji to tylko kilka przykładów, których i tak nikt nie zauważa. Właśnie w
tym drugim świecie, w świecie pełnym dziwnych, nienormalnych rzeczy, dokładnie
w Londynie znajduje się dworzec Kings Cross. Stamtąd zaś wyjeżdża magiczny
pociąg, który umożliwia dzieciom w wieku 11-17 lat podróż do tajemniczego zamku
nad wielkim jeziorem osadzonym przy ogromnym lesie. Właśnie do tego zamku
wkracza w tym momencie młoda dziewczyna. Może i ma tylko jedenaście lat, ale
przeżyła o wiele więcej, niż normalny, mugolski Londyńczyk. Jej zielone oczy
widziały tak wiele zła, ile reżyser nie potrafiłby zamieścić w
najstraszniejszym filmie wojennym. Jej twarz okolona burzą brązowych włosów
nauczyła się zaś wyrażać najróżniejsze odmiany strachu, cierpienia, rozpaczy,
bólu i przygnębienia. Wojna, która dotknęła czarodziejów, a tym samym jej
rodzinę oraz najbliższych, zmieniła ją z radosnej, rozpromienionej, krnąbrnej
dziewczynki w doświadczoną, ostrożną i twardą istotkę.
Ale coś w tym dziecku trwało niezmiennie w pozytywnym stanie,
napełnione miłością, ambicją, nadzieją. Było to małe i pozornie słabe
serduszko. W sumie tylko dzięki niemu, dziewczynka szła teraz z głową w górze.
Mimo, że to miejsce, ten zamek, napełniał ją panicznym lękiem, to jednak
wrodzona ciekawość i duma przeważyły szalę. Podążała wraz z innymi
jedenastolatkami za wysoką czarownicą o nazwisku McGonagall. Kobieta ta zdążyła
już poinformować nowych uczniów o tym, że jest opiekunką domu zwanego
Gryffindorem, dyrektorem szkoły i nauczycielem transmutacji. Powiedziała
również, co tu robią, jakie ogólne zasady panują oraz to, że jeżeli ktokolwiek
z nich wygłupi się specjalnie w tak ważnym momencie, jakim jest przydział, to
może liczyć na pierwsze minusowe punkty. Trochę przestraszeni uczniowie
pokiwali głowami i właśnie wchodzili za tą surową kobietą do Wielkiej Sali.
Od razu za progiem zaczęli rozglądać się we wszystkie
strony. Zauważyli zaczarowany sufit, latające świeczki, starszych adeptów magii
przy czterech stołach i nauczycieli przy stole profesorskim. Gdzieniegdzie
pojawiały się duchy, z ciekawością przyglądające się nowym lokatorom szkoły. Z
resztą, wszyscy aktualnie patrzyli na nich z niesamowitą ciekawością. Nagle w
Sali rozległ się śpiew. Oczy wszystkich zwróciły się na starą tiarę. Rozbrzmiała piosenka o śmierci, podłości, chciwości, nadziei, wierności i zwycięstwie. Gdy nakrycie
głowy skończyło swoje przedstawienie, dyrektora ruszyła dalej.
Zbliżyli się do śpiewającej tiary ustawionej na niewysokim
krześle. McGonagall podeszła do niej, wzięła ją w rękę i zaczęła mówić.
- Za chwilę przeczytam listę uczniów. Gdy usłyszycie swoje
nazwisko, podchodzicie i siadacie na tym krześle. Potem przechodzicie do stołu
domu, który wyznaczy wam tiara. Zrozumiano?
Przez tłumek jedenastolatków przeszedł potwierdzający
pomruk. Kobieta na ten znak zaczęła czytać.
- Bridget Amelia
Zlękniona brunetka podeszła do krzesła i usiadła. Następnie
w całej Sali słychać było głośny okrzyk:
- GRYFFINDOR!
Dziewczynka zeszła i na trzęsących się nogach podeszła do
stołu, przy którym siedzieli wiwatujący uczniowie w czerwonych szatach.
- Burble Hugo!
Chłopak o zaspanym spojrzeniu wspiął się na podest i włożył
na głowę tiarę.
- HUFFLEPUFF!
Uczniowie z żółtymi elementami stroju zaczęli klaskać, a
Hugo podszedł do nich, wciąż trochę osowiały.
- Dus Alessandra!
Dziewczyna z czarnymi, długimi włosami i w okularach weszła
hardo na podest. Usiadła pewnie na stołku, a po chwili dało się słychać okrzyk:
- SLYTHERIN!
Alessandra zeszła z krzesła, ale na jej twarzy zaszła
zmiana. Była lekko zdezorientowana i trochę jakby przerażona. Podeszła szybkim
krokiem w stronę stołu, gdzie uczniowie zaczęli krzyczeć i wymachiwać na
wszystkie strony zielonymi chorągiewkami.
McGonagall czytała listę, a uczniowie podchodzili. Smutna
dziewczynka o nazwisku Demon trafiła do Gryffindoru, chłopak w okularach do
Ravenclawu, bliźniaczkom Estorn tiara przydzieliła Gryffindor, a chłopak
szczerzący się i dumnie pokazujący, że nie ma dwóch przednich zębów powędrował
do Hufflepuffu. Jeszcze wielu uczniów otrzymało nowy przydział. Siostry biegły
do swoich starszych braci, najlepsi przyjaciele rozdzielali się, a wrogowie
nienawistnie patrzyli na siebie przy jednym stole. W końcu, surowa kobieta
doszła do nazwisk zaczynających się na literę "S".
- Smith Katie!
Dziewczynka z brązowymi włosami i nieustraszonym serduszkiem
podeszła do krzesła. Tiara opadła na jej głowę, a Katie usłyszała cichy głos.
- Och, co my tu mamy… ambicja połączona z lenistwem,
inteligencja ze szczyptą głupoty, odwaga doprawiona nieśmiałością i życzliwość
okraszona wrednością. Jesteś chodzącym paradoksem, dziewczyno. No, no, no…
Katie zaczęła intensywnie myśleć. Jej mama była czarownicą,
która trafiła do Ravenclawu, a ojciec mugolem. Wzdrygnęła się. Odegnała szybko przykre myśli o rodzicach. Nie wiedziała, w którym domu
najlepiej by się jej żyło. Jednego była jednak pewna – jeżeli trafi do tego
cuchnącego, podłego Slytherinu, to przy pierwszej okazji wrzuci tiarę do
ogniska, przez które będzie skakać, jak Indianin.
- Indianie to naprawdę ciekawy lud! Raz miałam okazję spotkać
kilkoro. Wiesz co? Teoretycznie pasujesz do każdego domu, ale ja już wiem,
gdzie zrealizujesz się najlepiej! - powiedział cichy głos.
Po chwili tiara krzyknęła na cała salę:
- SLYTHERIN!
Uczniowie w zielonych barwach zaczęli krzyczeć i wiwatować,
ale zaraz przestali. Patrzyli na Katie, która przez chwilę siedziała oniemiała
na krześle. Potem jakby otrząsnęła się z szoku i zerwała z wściekłością tiarę z
głowy. Rzuciła nią w stół nauczycielski, a ta trafiła młodego profesora w twarz
tak mocno, że jego okulary spadły na podłogę. Ten jednak tylko się roześmiał i
popatrzył na dziewczynę życzliwie. To jeszcze bardziej rozwścieczyło pannę
Smith, która zaczęła głośno życzyć złośliwemu kawałkowi materiału niechybnie
okrutnego losu w eliksirze Żywej Śmierci. Podeszła żwawym krokiem do stołu o
zielonych barwach, usiadła obrażona i po chwili zdała sobie sprawę, że wszyscy
na nią patrzą. Uśmiechnęła się szyderczo w kierunku McGonagall, która już
gotowała się z wściekłości.
- Po ceremonii do mojego gabinetu – oznajmiła cicho złowieszczym
tonem dyrektorka.
Przez stół Slytherinu przeszło rozbawione „Uuuu…”, a
przydzielanie trwało dalej.
Gdy już wszyscy jedenastolatkowie przeżyli swój pierwszy w
życiu zawał, McGonagall podeszła do wielkiego krzesła na środku stołu
nauczycielskiego. Wszystkie rozmowy ucichły, a kobieta przemówiła głośno.
- Witamy pierwszoklasistów! Mam nadzieję, że
będziecie się dobrze czuli w towarzystwie starszych kolegów i koleżanek. Liczę
również na to, że każdy z Was będzie ze wszystkich sił starał się przynieść
swojemu domowi dumę, chwałę i mnóstwo punktów. – Zwróciła oczy na wciąż urażoną
Katie. – Złe i karygodne zachowanie będzie karane punktami ujemnymi lub
szlabanami, zaś dobre sprawowanie nagradzane. – Z powrotem popatrzyła na uczniów. – Plany zajęć otrzymacie jutro w dormitoriach od swoich
opiekunów. Przypominam prefektom, by zaopiekowali się należycie swoimi
podopiecznymi. Na koniec jeszcze tylko jedna rada. – Zdjęła okulary i
przeszyła każdego ostrym spojrzeniem. –
Opuścić mury tej szkoły jest bardzo łatwo, za to by w niej pozostać,
musicie się postarać. A teraz, smacznego! – krzyknęła. Na stołach wnet pojawiły się przeróżne dania.
Wszyscy zaczęli nakładać sobie jedzenie na talerze. Każdy
znalazł coś dla siebie. Były tu naleśniki z czekoladą, galaretki, puddingi,
kurczaki, befsztyki, warzywa, owoce, ryby i langusty. Słowem – czego dusza
zabraknie. Katie jednak nie dotknęła niczego, prócz soku pomarańczowego. Była
tak zła, że nie była w stanie niczego przełknąć. Ślizgoni patrzyli na nią jak
na wariatkę. Czuła się wręcz cudownie. Nie, żeby obchodziło ją to, co
mieszkańcy domu Slytherina sobie o niej pomyślą. Miała ich w nosie. Spojrzała
od niechcenia na stół profesorski. Nie znała nikogo z kadry. Rozpoznała tylko
tego młodego czarodzieja w okularach, który uśmiechnął się do niej, gdy trafiła
go tiarą. Przeczesał właśnie ręką swoje czarne włosy i zwrócił się z jakimś pytaniem do
mężczyzny obok. Blondyn zaś pił sok z dyni i energicznie gestykulował. Nagle,
czarodziej w okularach popatrzył na Katie. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.
Dziewczyna w końcu nie wytrzymała przeszywającego spojrzenia i popatrzyła na osobę dalej. Zauważyła, że co najmniej połowa kadry była bardzo młoda. Postanowiła przyjrzeć się uważnie nauczycielom. Spojrzała na wielkiego mężczyznę, który dokarmiał pod stołem jakiegoś
starego psa i uznała, że musi być półolbrzymem. Obok niego jakaś wesoła kobieta żywo tłumaczyła coś innej
nauczycielce, która zaś wpatrywała się szalonym wzrokiem w przestrzeń. Następna
w kolejce była profesor McGonagall, która właśnie poprawiała swojego ciasno
upiętego koka. Obok niej siedział dystyngowany blondyn. Gdy tylko Katie na
niego spojrzała, ten przeszył ją wzrokiem. Nachylił się i, wciąż nie
spuszczając oczu z dziewczyny, zaczął mówić coś do dyrektorki. Ta spojrzała na
niego wrogo. Zaczęła się z nim kłócić. W końcu blondyn zwrócił pełną uwagę na
nauczycielkę. W przeciwieństwie do niej, on odpowiadał łagodnie.
W tym momencie Katie poczuła, że ktoś koło niej usiadł.
Spojrzała z nienawiścią na dziewczynę z czarnymi włosami i okularami.
- Siemka Smith! Ale dałaś pokaz dzisiaj! – Rozpromieniona
dziewczyna nakładała sobie wszelakie słodycze na talerz. – A tak przy okazji,
nazywam się Alessandra Dus. Czemu tak się zdenerwowałaś na tę głupią tiarę? –
spytała i popatrzyła na Katie z ciekawością.
- Nie twój zakichany interes, Ślizgonie – odwarknęła
dziewczyna i odwróciła się w drugą stronę.
- Ohoho, ktoś tu ma uraz do Slytherinu? – Smith spojrzała na nią, a ta zrobiła wielkie oczy. – Aha! To właśnie temu
byłaś taka wkurzona! Bo czapka przydzieliła cię właśnie do niego! –
krzyknęła Dus i odkrywczo podniosła palec do góry.
- Znalazła się cwaniara. Merlinie, za jakie grzechy? –
jęknęła Katie pod nosem.
- Ej! Masz problem do Slytherinu, okej. Wyperswaduje to z
twojej nędznej główki. Nie masz jednak prawa mnie obrażać. Tak samo Ślizgonów.
Spróbuj powiedzieć na nich choć jedno złe słowo, a tak się tobą zajmę, że
nawet opiekun ci nie pomoże – zagroziła syczącym tonem Alessandra i wróciła na
swoje miejsce po drugiej stronie stołu.
- Merlinie, nie wytrzymam z tymi idiotami ani chwili dłużej
– Katie zamknęła oczy i zaczęła w myślach układać złowieszczy plan wysadzenia
dormitorium Slytherinu.
W tym momencie jedzenie znikło ze stołów. Po Sali przetoczył
się jęk zawodu, a oczy wszystkich zwróciły się na dyrektorkę. Ta wytarła usta
chusteczką, wstała i znów zaczęła przemawiać.
- Mam nadzieję, że wszyscy już się najedli. Teraz kilka słów
ogłoszeń. Pan Filch, nasz woźny, jak zwykle prosił, by na korytarzach nie
korzystać z zaklęć. Ostrzegam również pierwszaków przed wchodzeniem do
Zakazanego Lasu. Żyją tam stworzenia, o których istnieniu nie chcielibyście
nawet słyszeć – powiedziała i wyprostowała się. – Wszyscy chętni do
reprezentowania swoich domów w Quidditchu zapraszam do prefektów. Treningi
rozpoczną się jak zwykle za dwa tygodnie. Przypominam, że pierwszoroczni nie
posiadają przyzwolenia wstąpienia do drużyny. Teraz proszę prefektów o
odprowadzenie uczniów do ich dormitoriów. – W tym momencie spojrzała na stół
Slytherinu. – Pannę Smith zaś zapraszam za mną – powiedziała złowieszczo. –
Żegnam wszystkich i życzę dobrej nocy.
Uczniowie zaczęli wstawać od stołów, a prefekci nawoływali
podopiecznych. Katie również wstała, ale skierowała się za dyrektorką, która
wyszła bocznym wyjściem. Gdy tylko znalazła się za drzwiami, te zatrzasnęły
się, a Smith ujrzała McGonagall w towarzystwie blondyna, który się z nią
kłócił.
- Pójdziesz teraz ze swoim opiekunem. Mam nadzieję, że
odpowiednio ukarze cię za swoje zachowanie – syknęła i spojrzała złowieszczo na
mężczyznę.
- Niech się pani nie martwi, na pewno dostanie karę
adekwatną do jej czynów – odpowiedział czarodziej.
Nauczycielka pożegnała się z nim, a Katie została sam na sam
ze swoim opiekunem.
- Zapraszam za mną, panno Smith – powiedział blondyn tajemniczo i ruszył
w głąb korytarza. Dziewczyna zastanawiała się, czy nie uciec w przeciwnym
kierunku, ale młoda postać nauczyciela zaintrygowała ją. Ruszyła więc za nim, w
ciemność korytarza.
Subskrybuj:
Posty (Atom)