piątek, 2 stycznia 2015

Rozdział I - Złośliwość rzeczy ożywionych.

Londyn. Miasto pełne zabieganych ludzi, żółtych taksówek, różnych paradoksów i jeszcze większej ilości zabieganych ludzi. Jest tutaj London Eye patrzący na wszystkich z góry oraz Big Ben odmierzający spokojnie nieuchwytny czas. Ten zaś wcale łagodnie nie płynie. Gdy mieszkasz w miejscu, gdzie za sekundę odjedzie ci autobus, za minutę musisz być w pracy, a za godzinę masz spotkanie decydujące o twoim życiu, to nie da się spokojnie żyć. W mig dostajesz nerwicy i stajesz się przeciętnym człowiekiem.

Jednak jest jeszcze druga strona medalu. To cudowna tajemnica Londynu – niewidzialna dla osób, które nie mają czasu się przypatrzeć. Ludzie znikający na pełnym dworcu, latające samochody i autobus przemierzający ulice, dostosowujący swój kształt jak plastelina do danej sytuacji to tylko kilka przykładów, których i tak nikt nie zauważa. Właśnie w tym drugim świecie, w świecie pełnym dziwnych, nienormalnych rzeczy, dokładnie w Londynie znajduje się dworzec Kings Cross. Stamtąd zaś wyjeżdża magiczny pociąg, który umożliwia dzieciom w wieku 11-17 lat podróż do tajemniczego zamku nad wielkim jeziorem osadzonym przy ogromnym lesie. Właśnie do tego zamku wkracza w tym momencie młoda dziewczyna. Może i ma tylko jedenaście lat, ale przeżyła o wiele więcej, niż normalny, mugolski Londyńczyk. Jej zielone oczy widziały tak wiele zła, ile reżyser nie potrafiłby zamieścić w najstraszniejszym filmie wojennym. Jej twarz okolona burzą brązowych włosów nauczyła się zaś wyrażać najróżniejsze odmiany strachu, cierpienia, rozpaczy, bólu i przygnębienia. Wojna, która dotknęła czarodziejów, a tym samym jej rodzinę oraz najbliższych, zmieniła ją z radosnej, rozpromienionej, krnąbrnej dziewczynki w doświadczoną, ostrożną i twardą istotkę.

Ale coś w tym dziecku trwało niezmiennie w pozytywnym stanie, napełnione miłością, ambicją, nadzieją. Było to małe i pozornie słabe serduszko. W sumie tylko dzięki niemu, dziewczynka szła teraz z głową w górze. Mimo, że to miejsce, ten zamek, napełniał ją panicznym lękiem, to jednak wrodzona ciekawość i duma przeważyły szalę. Podążała wraz z innymi jedenastolatkami za wysoką czarownicą o nazwisku McGonagall. Kobieta ta zdążyła już poinformować nowych uczniów o tym, że jest opiekunką domu zwanego Gryffindorem, dyrektorem szkoły i nauczycielem transmutacji. Powiedziała również, co tu robią, jakie ogólne zasady panują oraz to, że jeżeli ktokolwiek z nich wygłupi się specjalnie w tak ważnym momencie, jakim jest przydział, to może liczyć na pierwsze minusowe punkty. Trochę przestraszeni uczniowie pokiwali głowami i właśnie wchodzili za tą surową kobietą do Wielkiej Sali.

Od razu za progiem zaczęli rozglądać się we wszystkie strony. Zauważyli zaczarowany sufit, latające świeczki, starszych adeptów magii przy czterech stołach i nauczycieli przy stole profesorskim. Gdzieniegdzie pojawiały się duchy, z ciekawością przyglądające się nowym lokatorom szkoły. Z resztą, wszyscy aktualnie patrzyli na nich z niesamowitą ciekawością. Nagle w Sali rozległ się śpiew. Oczy wszystkich zwróciły się na starą tiarę. Rozbrzmiała piosenka o śmierci, podłości, chciwości, nadziei, wierności i zwycięstwie. Gdy nakrycie głowy skończyło swoje przedstawienie, dyrektora ruszyła dalej.

Zbliżyli się do śpiewającej tiary ustawionej na niewysokim krześle. McGonagall podeszła do niej, wzięła ją w rękę i zaczęła mówić.
- Za chwilę przeczytam listę uczniów. Gdy usłyszycie swoje nazwisko, podchodzicie i siadacie na tym krześle. Potem przechodzicie do stołu domu, który wyznaczy wam tiara. Zrozumiano?
Przez tłumek jedenastolatków przeszedł potwierdzający pomruk. Kobieta na ten znak zaczęła czytać.
- Bridget Amelia
Zlękniona brunetka podeszła do krzesła i usiadła. Następnie w całej Sali słychać było głośny okrzyk:
- GRYFFINDOR!
Dziewczynka zeszła i na trzęsących się nogach podeszła do stołu, przy którym siedzieli wiwatujący uczniowie w czerwonych szatach.
- Burble Hugo!
Chłopak o zaspanym spojrzeniu wspiął się na podest i włożył na głowę tiarę.
- HUFFLEPUFF!
Uczniowie z żółtymi elementami stroju zaczęli klaskać, a Hugo podszedł do nich, wciąż trochę osowiały.
- Dus Alessandra!
Dziewczyna z czarnymi, długimi włosami i w okularach weszła hardo na podest. Usiadła pewnie na stołku, a po chwili dało się słychać okrzyk:
- SLYTHERIN!
Alessandra zeszła z krzesła, ale na jej twarzy zaszła zmiana. Była lekko zdezorientowana i trochę jakby przerażona. Podeszła szybkim krokiem w stronę stołu, gdzie uczniowie zaczęli krzyczeć i wymachiwać na wszystkie strony zielonymi chorągiewkami.

McGonagall czytała listę, a uczniowie podchodzili. Smutna dziewczynka o nazwisku Demon trafiła do Gryffindoru, chłopak w okularach do Ravenclawu, bliźniaczkom Estorn tiara przydzieliła Gryffindor, a chłopak szczerzący się i dumnie pokazujący, że nie ma dwóch przednich zębów powędrował do Hufflepuffu. Jeszcze wielu uczniów otrzymało nowy przydział. Siostry biegły do swoich starszych braci, najlepsi przyjaciele rozdzielali się, a wrogowie nienawistnie patrzyli na siebie przy jednym stole. W końcu, surowa kobieta doszła do nazwisk zaczynających się na literę "S".
- Smith Katie!
Dziewczynka z brązowymi włosami i nieustraszonym serduszkiem podeszła do krzesła. Tiara opadła na jej głowę, a Katie usłyszała cichy głos.
- Och, co my tu mamy… ambicja połączona z lenistwem, inteligencja ze szczyptą głupoty, odwaga doprawiona nieśmiałością i życzliwość okraszona wrednością. Jesteś chodzącym paradoksem, dziewczyno. No, no, no…
Katie zaczęła intensywnie myśleć. Jej mama była czarownicą, która trafiła do Ravenclawu, a ojciec mugolem. Wzdrygnęła się. Odegnała szybko przykre myśli o rodzicach. Nie wiedziała, w którym domu najlepiej by się jej żyło. Jednego była jednak pewna – jeżeli trafi do tego cuchnącego, podłego Slytherinu, to przy pierwszej okazji wrzuci tiarę do ogniska, przez które będzie skakać, jak Indianin.
- Indianie to naprawdę ciekawy lud! Raz miałam okazję spotkać kilkoro. Wiesz co? Teoretycznie pasujesz do każdego domu, ale ja już wiem, gdzie zrealizujesz się najlepiej! - powiedział cichy głos.
Po chwili tiara krzyknęła na cała salę:
- SLYTHERIN!

Uczniowie w zielonych barwach zaczęli krzyczeć i wiwatować, ale zaraz przestali. Patrzyli na Katie, która przez chwilę siedziała oniemiała na krześle. Potem jakby otrząsnęła się z szoku i zerwała z wściekłością tiarę z głowy. Rzuciła nią w stół nauczycielski, a ta trafiła młodego profesora w twarz tak mocno, że jego okulary spadły na podłogę. Ten jednak tylko się roześmiał i popatrzył na dziewczynę życzliwie. To jeszcze bardziej rozwścieczyło pannę Smith, która zaczęła głośno życzyć złośliwemu kawałkowi materiału niechybnie okrutnego losu w eliksirze Żywej Śmierci. Podeszła żwawym krokiem do stołu o zielonych barwach, usiadła obrażona i po chwili zdała sobie sprawę, że wszyscy na nią patrzą. Uśmiechnęła się szyderczo w kierunku McGonagall, która już gotowała się z wściekłości.
- Po ceremonii do mojego gabinetu – oznajmiła cicho złowieszczym tonem dyrektorka.
Przez stół Slytherinu przeszło rozbawione „Uuuu…”, a przydzielanie trwało dalej.

Gdy już wszyscy jedenastolatkowie przeżyli swój pierwszy w życiu zawał, McGonagall podeszła do wielkiego krzesła na środku stołu nauczycielskiego. Wszystkie rozmowy ucichły, a kobieta przemówiła głośno.
- Witamy pierwszoklasistów! Mam nadzieję, że będziecie się dobrze czuli w towarzystwie starszych kolegów i koleżanek. Liczę również na to, że każdy z Was będzie ze wszystkich sił starał się przynieść swojemu domowi dumę, chwałę i mnóstwo punktów. – Zwróciła oczy na wciąż urażoną Katie. – Złe i karygodne zachowanie będzie karane punktami ujemnymi lub szlabanami, zaś dobre sprawowanie nagradzane. – Z powrotem popatrzyła na uczniów. – Plany zajęć otrzymacie jutro w dormitoriach od swoich opiekunów. Przypominam prefektom, by zaopiekowali się należycie swoimi podopiecznymi. Na koniec jeszcze tylko jedna rada. – Zdjęła okulary i przeszyła każdego ostrym spojrzeniem. –  Opuścić mury tej szkoły jest bardzo łatwo, za to by w niej pozostać, musicie się postarać. A teraz, smacznego! – krzyknęła. Na stołach wnet pojawiły się przeróżne dania.

Wszyscy zaczęli nakładać sobie jedzenie na talerze. Każdy znalazł coś dla siebie. Były tu naleśniki z czekoladą, galaretki, puddingi, kurczaki, befsztyki, warzywa, owoce, ryby i langusty. Słowem – czego dusza zabraknie. Katie jednak nie dotknęła niczego, prócz soku pomarańczowego. Była tak zła, że nie była w stanie niczego przełknąć. Ślizgoni patrzyli na nią jak na wariatkę. Czuła się wręcz cudownie. Nie, żeby obchodziło ją to, co mieszkańcy domu Slytherina sobie o niej pomyślą. Miała ich w nosie. Spojrzała od niechcenia na stół profesorski. Nie znała nikogo z kadry. Rozpoznała tylko tego młodego czarodzieja w okularach, który uśmiechnął się do niej, gdy trafiła go tiarą. Przeczesał właśnie ręką swoje czarne włosy i zwrócił się z jakimś pytaniem do mężczyzny obok. Blondyn zaś pił sok z dyni i energicznie gestykulował. Nagle, czarodziej w okularach popatrzył na Katie. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Dziewczyna w końcu nie wytrzymała przeszywającego spojrzenia i popatrzyła na osobę dalej. Zauważyła, że co najmniej połowa kadry była bardzo młoda. Postanowiła przyjrzeć się uważnie nauczycielom. Spojrzała na wielkiego mężczyznę, który dokarmiał pod stołem jakiegoś starego psa i uznała, że musi być półolbrzymem. Obok niego jakaś wesoła kobieta żywo tłumaczyła coś innej nauczycielce, która zaś wpatrywała się szalonym wzrokiem w przestrzeń. Następna w kolejce była profesor McGonagall, która właśnie poprawiała swojego ciasno upiętego koka. Obok niej siedział dystyngowany blondyn. Gdy tylko Katie na niego spojrzała, ten przeszył ją wzrokiem. Nachylił się i, wciąż nie spuszczając oczu z dziewczyny, zaczął mówić coś do dyrektorki. Ta spojrzała na niego wrogo. Zaczęła się z nim kłócić. W końcu blondyn zwrócił pełną uwagę na nauczycielkę. W przeciwieństwie do niej, on odpowiadał łagodnie.

W tym momencie Katie poczuła, że ktoś koło niej usiadł. Spojrzała z nienawiścią na dziewczynę z czarnymi włosami i okularami.
- Siemka Smith! Ale dałaś pokaz dzisiaj! – Rozpromieniona dziewczyna nakładała sobie wszelakie słodycze na talerz. – A tak przy okazji, nazywam się Alessandra Dus. Czemu tak się zdenerwowałaś na tę głupią tiarę? – spytała i popatrzyła na Katie z ciekawością.
- Nie twój zakichany interes, Ślizgonie – odwarknęła dziewczyna i odwróciła się w drugą stronę.
- Ohoho, ktoś tu ma uraz do Slytherinu? – Smith spojrzała na nią, a ta zrobiła wielkie oczy. – Aha! To właśnie temu byłaś taka wkurzona! Bo czapka przydzieliła cię właśnie do niego! – krzyknęła Dus i odkrywczo podniosła palec do góry.
- Znalazła się cwaniara. Merlinie, za jakie grzechy? – jęknęła Katie pod nosem.
- Ej! Masz problem do Slytherinu, okej. Wyperswaduje to z twojej nędznej główki. Nie masz jednak prawa mnie obrażać. Tak samo Ślizgonów. Spróbuj powiedzieć na nich choć jedno złe słowo, a tak się tobą zajmę, że nawet opiekun ci nie pomoże – zagroziła syczącym tonem Alessandra i wróciła na swoje miejsce po drugiej stronie stołu.
- Merlinie, nie wytrzymam z tymi idiotami ani chwili dłużej – Katie zamknęła oczy i zaczęła w myślach układać złowieszczy plan wysadzenia dormitorium Slytherinu.

W tym momencie jedzenie znikło ze stołów. Po Sali przetoczył się jęk zawodu, a oczy wszystkich zwróciły się na dyrektorkę. Ta wytarła usta chusteczką, wstała i znów zaczęła przemawiać.
- Mam nadzieję, że wszyscy już się najedli. Teraz kilka słów ogłoszeń. Pan Filch, nasz woźny, jak zwykle prosił, by na korytarzach nie korzystać z zaklęć. Ostrzegam również pierwszaków przed wchodzeniem do Zakazanego Lasu. Żyją tam stworzenia, o których istnieniu nie chcielibyście nawet słyszeć – powiedziała i wyprostowała się. – Wszyscy chętni do reprezentowania swoich domów w Quidditchu zapraszam do prefektów. Treningi rozpoczną się jak zwykle za dwa tygodnie. Przypominam, że pierwszoroczni nie posiadają przyzwolenia wstąpienia do drużyny. Teraz proszę prefektów o odprowadzenie uczniów do ich dormitoriów. – W tym momencie spojrzała na stół Slytherinu. – Pannę Smith zaś zapraszam za mną – powiedziała złowieszczo. – Żegnam wszystkich i życzę dobrej nocy.

Uczniowie zaczęli wstawać od stołów, a prefekci nawoływali podopiecznych. Katie również wstała, ale skierowała się za dyrektorką, która wyszła bocznym wyjściem. Gdy tylko znalazła się za drzwiami, te zatrzasnęły się, a Smith ujrzała McGonagall w towarzystwie blondyna, który się z nią kłócił.
- Pójdziesz teraz ze swoim opiekunem. Mam nadzieję, że odpowiednio ukarze cię za swoje zachowanie – syknęła i spojrzała złowieszczo na mężczyznę.
- Niech się pani nie martwi, na pewno dostanie karę adekwatną do jej czynów – odpowiedział czarodziej.
Nauczycielka pożegnała się z nim, a Katie została sam na sam ze swoim opiekunem.

- Zapraszam za mną, panno Smith – powiedział blondyn tajemniczo i ruszył w głąb korytarza. Dziewczyna zastanawiała się, czy nie uciec w przeciwnym kierunku, ale młoda postać nauczyciela zaintrygowała ją. Ruszyła więc za nim, w ciemność korytarza.

3 komentarze:

  1. Oboże *-*
    Cudo <3
    Już uwielbiam moją postać :3

    Czekam na więcej!

    Aless :3

    OdpowiedzUsuń
  2. Uuuu, nie znałam cię od tej strony Kejti xdd
    Czekam az sie ja pojawie xdd

    Maaaaaja ;3

    OdpowiedzUsuń
  3. Łał! Piszesz bosko. Kilka błędów stylistycznych, ale przecież jesteśmy tylko ludźmi :) Czekam na next. Życzę weny, weny i jeszcze raz weny.
    Zapraszam do siebie http://maly-szczegol.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń