Szła żwawo przez mroczny korytarz. Nie oświetlało go żadne światło. Słyszała za plecami czyjeś kroki. Nie odważyła się jednak odwrócić. Wiedziała, że ten ktoś dogoni ją, gdy tylko spojrzy za siebie. Szła więc, przyspieszając. Korytarz nie kończył się. Zaczynała się coraz bardziej bać. Strach opanował ją i jak impuls pchnął na przód. Ruszyła biegiem, a postać za nią zrobiła to samo. Gnała ile sił w nogach, jakby ją sama śmierć goniła. A może to była ona? Nie wiadomo, za bardzo bała się odwrócić i sprawdzić. Biegła wciąż do przodu, skręcała w lewo, w prawo, błądziła po labiryncie korytarzy. Ściany rozmazywały się jak krajobraz z okna jadącego pociągu. Trwało to w nieskończoność. W końcu brakło jej sił. Przystanęła na chwilę, by zaczerpnąć tchu. Wtedy ktoś na nią skoczył. Zaczął ją dusić. Szamotała się, ale zimne, kościste palce zacisnęły się mocno na jej szyi. Nie mogła wydobyć z siebie głosu. Przez jej ciało przechodziły ciarki. Uniosła się w powietrze. Poczuła okropny, rozdzierający ból w klatce piersiowej. Spojrzała w dół. Tam, gdzie zwykle znajdowało się jej serce, widniała czarna dziura. Mróz rozchodził się w szalonym tempie przez jej ciało. Usłyszała przerażający, świszczący oddech. Śmierć przyszła po nią...
Katie obudziła się, z krzykiem spadając na podłogę. Dyszała okropnie, jakby przebiegła maraton. Chwyciła się za serce i niemal westchnęła z ulgi, gdy nie wyczuła żadnej dziury. Przez chwilę próbowała opanować oddech. Rozejrzała się z obawą po dormitorium. Chyba nie obudziła żadnej z dziewczyn. Spojrzała na łóżko Alessandry. Zobaczyła w ciemności iskrzące się, niebieskie tęczówki, które wpatrywały się w nią z niesamowitą intensywnością. Katie wstrzymała oddech. Mierzyły się wzrokiem. Po chwili kotara zasunęła się, a przerażające oczy Dus zniknęły. Smith wstała na drżących nogach i zziębnięta poszła do łazienki. Odkręciła kran. Przemyła twarz gorącą wodą. Przyjemne ciepło rozlało się po jej ciele, a serce przestało bić jak oszalałe. Dziewczyna dochodziła do siebie. Nienawidziła koszmarów, a te zdarzały się coraz częściej. Zakręciła kran i wróciła do sypialni. Spojrzała na zegarek, który leżał na jej szafce nocnej. Była 6:30. Miała jeszcze godzinkę do śniadania. Chwilę myślała, czy nie wrócić do łóżka, ale stwierdziła, że raczej już nie zaśnie. Wzięła więc szybki prysznic, założyła szatę Slytherinu i wyszła z dormitorium.
Pokój Wspólny był opustoszały. Widocznie Ślizgoni nie są rannymi ptaszkami. Katie przeczesała pomieszczenie wzrokiem. Gdzieniegdzie walały się papierki, puszki i inne śmieci, które świadczyły o imprezowej naturze mieszkańców domu węża. “Jak ja z nimi wytrzymam?” - Smith zadała sobie to pytanie już po raz kolejny. Podeszła do wyjścia. Rzuciła jeszcze okiem na Pokój Wspólny, gdy nagle zauważyła jakiś ruch. Na marmurowym gzymsie kominka siedziała sowa. Patrzyła na dziewczynę majestatycznie i z wyższością. Katie podeszła do niej. Zauważyła, że ptak ma przy szponach list. Wyciągnęła ostrożnie rękę w jego stronę. Sowa natychmiast zareagowała i dziobnęła agresywnie Smith.
- Ała! To boli! - krzyknęła przerażona dziewczyna i odsunęła palec. Z wielkiego rozcięcia leciała krew. Katie rozejrzała się, czy aby na pewno nikt jej nie widzi i wsadziła sobie palec do buzi. Zaczęła go ssać, a ból trochę złagodniał.
- Rozumiem, że przesyłka nie do mnie? - zwróciła się do sowy przez zęby. Ta jednak, nieurażona, tylko patrzyła na nią groźnie.
- No okej, nie to nie. – Katie odwróciła się w kierunku przejścia i wyszła na zewnątrz.
Postanowiła znaleźć skrzydło szpitalne i przy okazji trochę pozwiedzać zamek. Z lochami zdołała się juz zapoznać poprzedniego dnia, ale piętra wyżej wciąż pozostawały dla niej zagadką. Weszła po schodach na parter. Zauważyła, że prócz Wielkiej Sali i sali wejściowej znajduje się tam jeszcze pokój nauczycielski oraz gabinecik Argusa Filcha. Ruszyła po schodach na pierwsze piętro. Tam właśnie znalazła upragnione skrzydło szpitalne. Skierowała się do niego z nadzieją na złagodzenie okrutnego bólu. Jednak gdy tylko przekroczyła próg szpitala, pani Pomfrey zaspana wyskoczyła ze swojego gabinetu, zorientowała się w sytuacji i okrzyczała ją, że „przychodzi z taką błahostką, a jakiś pierwszak już zdążył spaść z ruchomych schodów i połamać sobie kręgosłup, więc nie ma czasu zajmować się takimi głupotami…”. Wyleczyła jednym machnięciem różdżki palec Katie i udała się do swojego gabinetu, by kontynuować robienie bardzo ważnych rzeczy. Smith z urażona dumą wyszła ze skrzydła i przeszła się po korytarzach. Znalazła dawny gabinet profesor McGonagall, klasę transmutacji, mugoloznastwa oraz historii magii. Na końcu trafiła jeszcze na opuszczona łazienkę, z której wydobywały się tak przeraźliwe jęki i szlochy, że wolała ominąć ją szerokim łukiem. Ruszyła na drugie piętro. Tam znajdował się gabinet nauczyciela obrony przed czarną magią oraz klasa przeznaczona do prowadzenia tychże lekcji. Zza drzwi dało się słychać dziwne trzaski i krzyki. Katie była bardzo ciekawa tego, co tam się dzieje. Wchodziła właśnie na stopnie prowadzące na trzecie piętro i już miała zawrócić pod salę, z której wydobywały się dziwne dźwięki, gdy nagle schody, na których stała, zmieniły kierunek, zamykając dziewczynie wejście na drugie piętro. Katie westchnęła tylko i zeszła po stopniach, które doprowadziły ją z powrotem na parter. Ruszyła na błonia. Lato było wyjątkowo ciepłe, więc temperatura wciąż utrzymywała się powyżej 15 stopni C. Wiał jedynie delikatny, zimny wietrzyk poranka.
Dziewczyna wzięła głęboki oddech. Uwielbiała przebywać na świeżym powietrzu. Usiadła pod drzewem przy jeziorze. Ptaki śpiewały, słońce nieśmiało wyglądało zza horyzontu. Katie odprężyła się. Jak to zwykle w takich momentach bywa, zaczęła rozmyślać o różnych rzeczach. W jej głowie pojawiła się postać nauczyciela eliksirów, Alessandry Dus i Scorpiusa Andersa. Pojawiła się również tajemnicza sowa. „Ciekawe, dlaczego nie przyleciała razem z innymi podczas śniadania” – pomyślała Katie. W tym momencie coś zaskoczyło jej w głowie. Spojrzała szybko na zegarek. Była już 8:10! Dziewczyna poderwała się z ziemi i biegiem ruszyła do Wielkiej Sali. Miała jakieś 20 min na zjedzenie śniadania. Gdy dotarła do drzwi, zatrzymała się, uregulowała oddech i spokojnie wkroczyła do środka. Jej oczom ukazały się stoły pełne przeróżnych potraw, przy których siedzieli uczniowie. Starsi wesoło gawędzili, młodsi wymieniali się spostrzeżeniami na temat ich nowego planu lekcji. Katie spojrzała na stół Slytherinu. Poznała jedynie Alessandrę, która strzelała z widelca w innych ludzi winogronami, oraz Scorpiusa. Chłopak siedział z uśmiechem na ustach i gawędził ze znajomymi, zajadając się kanapkami. Smith poszukała pustego miejsca. Było to dosyć trudne zadanie, bo Ślizgoni biegali tam i z powrotem, przechodzili przez stół, skakali z niego. Ogólnie panował wielki rozgardiasz. Katie udało się jednak dostrzec wolną powierzchnię ławy. Usiadła na miejscu i rozejrzała się z ciekawością po potrawach. Zrobiła sobie na szybko tosty, zjadła trochę owoców, a na koniec sięgnęła po sok. W momencie, gdy kończyła pić, jakaś wysoka sylwetka pojawiła się za nią. Katie odwróciła się i spojrzała na profesor McGonagall, która wyglądała na jeszcze bardziej złą niż poprzedniego dnia.
- Twój plan lekcji – powiedziała ostrym tonem. Wręczyła Ślizgonce pergamin i ruszyła dalej.
Katie spojrzała na kartkę. Na pierwszej lekcji miała transmutację z Gryfonami, a później historię magii z Puchonami. Po lunchu znowu lekcja z mieszkańcami domu lwa – tym razem zielarstwo. Następnie czekały ją eliksiry, ponownie z domownikami Hufflepuffu. „Nie jest źle!” – pomyślała Katie.
Spojrzała na zegarek. Za 25 minut zaczynały się pierwsze zajęcia. Ślizgonka wstała od stołu i już miała zamiar wrócić do Pokoju Wspólnego po torbę i książki, gdy przypomniała sobie, że nie zna hasła. Z niechęcią przystanęła. „Mogłabym zapytać prefekta. Jeden problem – nie mam pojęcia, kto nim jest.” – pomyślała. Nagle wyrosła przed nią postać starszego chłopaka z błękitnymi oczami.
- Witaj Katie! – przywitał się radośnie Scorpius. Na szatach widać było ślady po pomidorach, ogórkach i innych składnikach jego kanapki, która musiała nieszczęśliwie wziąć udział w bitwie na jedzenie. – Piękny mamy dziś dzień, co? Jaką masz pierwszą lekcję? – dopytywał się chłopak.
- Transmutację z Gryfonami – odpowiedziała Ślizgonka. – Ale co cię to obcho… - przerwała. W jej głowie nagle pojawiła się błyskotliwa myśl. – Scorpius! Mam do ciebie taką bardzo ważną prośbę! – powiedziała i popatrzyła przymilnymi oczami na chłopaka.
- Cóż mogę zrobić dla ciebie, szlachetna dziewojo? – zapytał żartobliwie Anders.
- Jakie jest hasło do Pokoju Wspólnego? Nie miałam okazji go poznać, a nie zamierzam znów czekać jak głupia pod wejściem, aż ktoś się łaskawie nawinie – odburknęła Katie.
- Faktycznie! Przecież ty nie znasz hasła! – chłopak uderzył się w czoło. – Mogłaś wcześniej powiedzieć. Jest bardzo proste. Brzmi „Krew Salazara”. Na pewno zapamiętasz. – Uśmiechnął się życzliwie.
- Dzięki Scorpius. Kiedyś się odwdzięczę – odparła Katie, w której sercu pojawiła się nadzieja, że świat jednak nie jest taki zły. Odwróciła się i pognała do drzwi Wielkiej Sali.
- Nie ma za co. Ale pospiesz się, za chwilę zaczynają się zajęcia! – krzyknął za nią Ślizgon, ale ona już go nie usłyszała.
Wpadła do dormitorium jak strzała. Przeszukała swój kufer, znalazła odpowiednie książki, trochę pergaminu, pióro, różdżkę i wrzuciła wszystko do torby. Szybko wybiegła z Pokoju Wspólnego, w którym znajdowało się kilkoro starszych uczniów grających w „Eksplodującego Durnia” i pobiegła do klasy transmutacji. Gdy znalazła się pod drzwiami, McGonagall akurat wpuszczała uczniów do środka. Nauczycielka zgromiła wzrokiem zdyszaną Katie i, nic nie mówiąc, zasiadła za swoim biurkiem. Dziewczyna wbiegła szybko do klasy. Znalazła wolną ławkę pod oknem. Rzuciła torbę koło krzesła i padła na nie wyczerpana. Lekcja zaczęła się. McGonagall tłumaczyła, na czym skupią się podczas całego roku szkolnego, co powinni mieć na każde zajęcia i jakie zasady u niej obowiązują. Później kazała wyciągnąć uczniom pergaminy oraz pióra.
- Otwórzcie podręczniki na pierwszym rozdziale. Macie tam objaśnione, czym jest transmutacja, jak bardzo jest złożona i do czego przydaje się w życiu każdego dorosłego czarodzieja… - McGonagall zaczęła prawdziwy wykład, a uczniowie pilnie zapisywali każde jej słowo. Katie również starała się nadążyć, ale nie była przyzwyczajona do takiego tempa i w połowie lekcji dała sobie spokój. Zaczęła obserwować klasę. Poznała kilku Gryfonów z ceremonii przydziału. Większość, tak jak Katie, poddała się i z najwyższą ciekawością przyglądała się każdemu pyłkowi. Ślizgonka spojrzała na towarzyszy ze swojego domu. O dziwo, mieszkańcy Slytherinu zachowywali się w miarę porządnie i starali się uważać. Wzrok Katie skoncentrował się na Alessandrze Dus, która usiadła dwie ławki przed nią. Z pozoru nie robiła nic niezwykłego – ot tak sobie siedziała i przyglądała się nauczycielce. Jednak Smith zauważyła, że dziewczyna trzyma w rękach małe lusterko, którym starała się w taki sposób odbijać promienie słońca, by trafiały profesorkę lub uczniów po oczach. Tak oto minęła Katie pierwsza godzina zajęć. McGonagall na koniec wspaniałomyślnie zadała im wypracowanie na tylko stopę długości.
Lekko zaspani uczniowie powlekli się na kolejne zajęcia. Ślizgoni ruszyli na historię magii. Gdy dotarli na miejsce, pod klasą czekali już Puchoni. Patrzyli ze zdziwieniem na znudzonych kolegów, ale nic nie mówili. Weszli do sali. Przy biurku znajdował się ich nauczyciel. Był on duchem. Nazywał się Cuthbert Binns. Uczył już długo w Hogwarcie. Sam nawet chyba nie zauważył, że już nie żyje. W każdym razie, historia magii okazała się jeszcze nudniejsza od wykładu na transmutacji.
W końcu nadeszła upragniona przerwa. Katie poszła na błonia w to samo miejsce, co rano. Usiadła pod drzewem, wyjęła jabłko i zaczęła obserwować biegających uczniów. W pewnym momencie poczuła, że ktoś usadowił się koło niej. Spojrzała w prawo na czarnowłosego chłopaka. Miał piwne oczy, trochę piegów na nosie i zwinne ręce, którymi właśnie ukradł jej jabłko sprzed nosa.
- Co ty robisz?! – krzyknęła dziewczyna i rzuciła się na chłopaka, by odzyskać upragniony owoc.
- Spokojnie! No weź, usiądź jak siedziałaś, to ci je oddam! – zawołał. Zręcznie chował jabłko tak, że Katie nie mogła go w żaden sposób dosięgnąć. Dziewczyna postanowiła, że zrobi to, co on chce, a gdy już odzyska swoje drugie śniadanie, popchnie go do jeziora na pożarcie kałamarnicy.
- Bardzo ładnie – pochwalił ją chłopak, gdy usiadła pod drzewem i odwróciła się w drugą stronę. – Proszę. – Podsunął jej jabłko pod twarz. Katie chwyciła owoc, nadal nie zaszczycając go spojrzeniem.
- Nazywam się Mateo Morgan. – Chłopak wstał, okrążył drzewo i usiadł tuż przed nią. Spojrzała na niego.
- A co cię upoważniło do zabrania mi mojego ulubionego jabłka, na które mam ochotę już od śniadania? – zapytała kpiąco.
- Twa samotność i urażona mina – odparł bez skrępowania.
Katie zamyśliła się. Faktycznie, w Hogwarcie nie miała na razie żadnych przyjaciół. Zrobiło jej się trochę smutno. Szybko jednak odzyskała pewność siebie.
- No i co z tego? – zapytała hardo.
- To, że chciałbym cię poznać. – Uśmiechnął się szeroko.
- Mam na imię Katie, na nazwisko Smith i chodzę do Slytherinu. Proszę, już mnie znasz. Czy teraz mógłbyś łaskawie mnie zostawić w spokoju? – odparła dziewczyna.
- Pomyślmy… nie.
- Dlaczego? – zapytała Katie pełnym goryczy głosem.
- Bo cię polubiłem – powiedział Mateo, wzruszając ramionami.
- To super.
- No super.
Siedzieli chwilę w ciszy naprzeciwko siebie. W końcu Katie odwróciła wzrok, oparła się o drzewo i wzięła kęs jabłka.
- Mogę gryza? – zapytał chłopak, przekręcając ciekawie głowę.
- A jak dostaniesz, to sobie pójdziesz?
- Niewykluczone. – Morgan uśmiechnął się. Katie rzuciła mu jabłko.
- No, już możesz sobie iść – powiedziała, uśmiechając się rozbrajająco.
- Jestem z Hufflepuffu. Miałem z tobą przed chwilą historię magii. – Mateo jak gdyby nigdy nic ugryzł jabłko i nie miał zamiaru ruszyć się z miejsca.
- Ojej, jakoś cię nie zauważyłam. Przykro mi – Katie zrobiła smutną minę. Podniosła się z ziemi.
- Gdzie idziesz? Pójdę z tobą! – zawołał za nią chłopak, gdy ona już szła w kierunku jeziora. Nie odezwała się. Po chwili podbiegł do niej i razem spacerowali wzdłuż linii brzegu. Ślizgonka weszła na mały pomost. Morgan podążył za nią. Stali chwilę, wpatrując się w horyzont.
Nagle Katie odwróciła się do chłopaka i popchnęła go z całej siły do jeziora.
- Ahahaha! Mam nadzieję, że nie umiesz pływać! – Śmiała się jak opętana, gdy chłopak z krzykiem wpadł do wody. Uczniowie na błoniach patrzyli na nią jak na wariatkę.
- Jesteś szalona! Chciałem się tylko zaprzyjaźnić! – zawołał Mateo, próbując złapać haust powietrza.
- Do brzegu masz najwyżej dziesięć metrów. Miłego pływania! – krzyknęła Katie i pobiegła radośnie w stronę zamku.
Jak mozęsz być taka wredna dla Matea :<<<
OdpowiedzUsuńMajka ;*